|
Obrońcy Faludży pozdrawiają
świat
| |
| Remy Ourdan | |
|
5 kwietnia 2004,
Zakazane miasto
Faludża [Jednostki generała Marka Kimmita podjeżdżają pod Faludżę. To tutaj tłum powiesił na moście zwęglone zwłoki czterech najemników przedsiębiorstwa Blackwater, byłych żołnierzy sił specjalnych armii Stanów Zjednoczonych. Region został zamknięty. Operacja „pacyfikacji” Faludży zaczyna się o świcie i powinna potrwać „kilka dni”.] | |
Autostrada Bagdad-Amman zamknięta. Niezliczone amerykańskie
blokady. Czołgi i dżipy w pozycjach bojowych na każdej drodze, na
skrzyżowaniach, na mostach, we wszystkich kierunkach. Mimo licznych prób
przez cały ranek nie da się pojechać żadną drogą. Tylko „pool prasowy” ma
dostęp do tyłów jednostek amerykańskich. Ostatnia próba, wczesnym popołudniem. Mało uczęszczana droga na wschód od Faludży. Skrzyżowanie. Dwieście metrów dalej stoją Irakijczycy. Mają kałasznikowy i granatniki, nie noszą mundurów. To sunniccy rebelianci, 10 kilometrów od miasta. Nagle drogą skąd dochodzi odgłos walk jadą do nas samochody, zatrzymują się. Pojawia się trzydziestu bojowników, twarze zakryte kominiarkami bądź chustami. Uzbrojeni w kałasznikowy, cekaemy, przenośne wyrzutnie rakiet, granaty. Bardzo nerwowi, działają szybko. „Amerykańskie brudasy, rozstrzelamy was!”. Dwaj zagraniczni
reporterzy, wysłannik specjalny „Le Monde” i Kanado-Holender Paolo Woods,
są rzuceni na ziemię. Pierwszego ciagną do przydrożnego straganu, zmuszają
go siłą do przykucnięcia, kałasznikow wycelowany w brzuch. Drugiego,
klęczącego w kurzu, kopią w głowę, lufa strzelby na karku. Konfiskata
telefonów satelitarnych i aparatów fotograficznych. Podnieceni bojownicy
czekają na rozkaz strzelania. Po oczach widać, że następny kawałek sekundy
sprawi im niebywałą radość, zanim powrócą do ważniejszych zadań, bo armia
amerykańska jest gdzieś niedaleko. Pada rozkaz. Poinformowany, że chodzi o „dziennikarzy francuskich” ich dowódca opóźnia egzekucję. Jego żołnierze są niezadowoleni, wolą wykonać wyrok tutaj, w warunkach polowych. Waha się. Wieśniacy, najwyraźniej trzymający z oddziałem, obserwują całą scenę. Za dużo cywilów, za duże zamieszanie. Jeszcze kilka kopnięć i „Załatwimy to na pustyni!”. „Spacer” na północ trwał chyba koło godziny. Rebelianci idą z bronią gotową do strzału. Nierówne ścieżki, lufy kałasznikowów celują przypadkiem raz w stopę, kolano lub wyżej… Na naszych rękach kołyszą się granaty-pułapki. Pierwszy przystanek; nic nie mówią o więźniach. Potem znowu w drogę i cel osiągnięty. Jest jeszcze parę ostatnich wątpliwości co do najlepszego miejsca, w końcu pachnie to makabrą. Niektórzy wyraźnie nie chcą stracić okazji do wykończenia „ amerykańskich brudasów”. Inni się uśmiechają, zapalają papierosy. Dowódca D., który odpowiada za jednostkę, po ostatnim przesłuchaniu łączy się przez walkie-talkie z tajemniczym „szefem”. Sytuacja pozostaje napięta, ale kilkanaście minut potem pada werdykt „szefa”. „Nie zabijać francuskich dziennikarzy! Oddajcie im rzeczy i odprowadźcie do głównej drogi! I zabierajcie stamtąd dupy, bo walki trwają , potrzeba was tutaj!”. Rozkaz to rozkaz. Chociaż prawie. Przesłuchanie i przeszukanie trwają, choć czuć, że egzekucji nie będzie. Chyba, że coś znajdą. Jedynego członka jednostki, który upierał się jeszcze przy egzekucji, siłą zamykają w samochodzie. Dla reszty rozkaz to rozkaz. Tyle, że nie ma co się śpieszyć. „Ponieważ prawdopodobnie jesteście prawdziwymi dziennikarzami, a nie Amerykanami, wytłumaczcie mi dlaczego o ludziach z Faludży mówi się tylko że są terrorystami albo Ali Babami [przydomek „złodziei” w Iraku]?” „Dlaczego nikt nie mówi, że jesteśmy Irakijczykami broniącymi własnego kraju, naszych domów i sióstr?” – wypytuje jeden z bojowników. „Nie jesteśmy ani ludźmi Saddama ani terrorystami i lubimy Francję, niech pan to napisze w gazecie!”- przekonuje inny. „No przyjaciele, wybaczcie tę drobnostkę, nie chcieliśmy waszej krzywdy, chcemy tylko zbijać Amerykanów.” Reszta wygląda nieco surrealistycznie. Zwracają nam cały sprzęt. Organizuje się sesja pamiątkowych zdjęć. Wyjmują ze skrzyń wyrzutnie rakiet. Poprawiają chusty i kominiarki. „A! I powiedzcie, że jesteśmy mudżahedinami! Irackim ruchem oporu!” . Iracki ruch oporu eskortuje nas do pierwszego skrzyżowania na Bagdad. Remy Ourdan Le Monde 6/4/2004 Tłum. Jerzy Szygiel | |