A laser guided bomb aimed to destroy a Falluja mosque
W Faludży Marines zjednoczeni strachem i pragnieniem zemsty.

 

reportaż Ned Parker (AFP)

 

Faludża (Irak) AFP 15042004 12h09

 

 

O świcie kapral Robert Long śledzi wzrokiem gazelę przebiegającą pustą przestrzeń między liniami swego oddziału piechoty morskiej a pozycjami obrońców Faludży. Zwierzę  przeszło przez całą strefę przemysłową, scenę nieustannych walk od ponad tygodnia.

 

„To była prawdziwa gazela!” mówi kapral Long, 26 lat, ukryty ze swoim oddziałem w opuszczonym magazynie ze ścianami pokrytymi  wizerunkami Myszki Miki.

 

Long myśli tylko o swoim przyjacielu, kapralu Blake’u Woffordzie, który zginął w walce 7 kwietnia. Ma teraz nadzieję, że każdy człowiek, którego zabije, będzie tym, który zabił jego towarzysza.

 

Kilka godzin później, w tym samym miejscu gdzie biegła gazela jeden z ludzi Longa widzi Araba idącego z rękami w kieszeniach. Long rozkazuje swoim ludziom by się przesunęli. Chce sam go zabić.

 

Nie wie czy mężczyzna jest uzbrojony, celuje w niego ze swego M16 zza desek i worków z piaskiem w oknie. Strzela. Mężczyzna pada zabity.

 

„To dla ciebie Blake” – mówi – „Mam nadzieję, że to ten łajdak, który cię załatwił”. Nie waha się bronić swego czynu. Po wezwaniach do opuszczenia miasta przez kobiety i dzieci Long uważa, że każdy mężczyzna zdolny do noszenia broni, który nie idzie ulicą bez białej flagi jest członkiem antyamerykańskiej partyzantki.

 

„Ciężko było” mówi Long podchodząc do zwłok leżących w kurzu. Starszy mężczyzna ubrany w koszulkę i szare spodnie nie miał broni. „Z początku myśleliśmy, że niewinne  osoby będą wyraźnie widoczne , ale wszyscy do nas strzelają z granatników”. Przytakuje mu dwudziestoletni kapral Ryan Deady.

 

Wojna ciężko ich doświadczyła. Deady i Long dowodzą  13-osobowym oddziałem piechoty morskiej. Obaj byli dobrymi przyjaciółmi Wofforda. Deady wspomina, że kiedy w Meksyku policja zamknęła go za bójkę i pijaństwo Wofford zapłacił za niego kaucję. „Można było na niego liczyć”. Obaj po wojnie odwiedzą jego rodzinę w Teksasie.

 

„Musimy tu wszyscy trzymać się razem, cały oddział, kiedy któryś z nas źle się czuje opowiadamy mu kawały” – tłumaczą. Ale za chwilę nerwowo chwytają za broń, słychać świst kul i wybuchy.

 

Ned Parker

(AFP)

tłum. j.s.a