Irak
Kto walczy z Amerykanami
To pierwszy reportaż o ludziach, którzy w Iraku atakują wojska i władze okupacyjne. Są to zarówno byli działacze rządzącej za Saddama Husajna partii Baas, jak i wrogo nastawieni do jego reżimu nacjonaliści i islamiści. Zaki Szehab, redaktor polityczny libańskiej telewizji Al-Hayat-LBC, jest pierwszym dziennikarzem, który się z nimi spotkał. Reportaż ukazał się na łamach londyńskiego dziennika “Guardian”.
Zaki SZEHAB
Zamachowiec-samobójca, który zaatakował odwiedzany przez Amerykanów Hotel Bagdad, jako czwarty z kolei członek irackiego ruchu oporu zabił się dla sprawy. Ten zamach bombowy nastąpił w zaledwie trzy dni po samobójczym ataku na komisariat policji w Bagdadzie, w którym zginęło co najmniej osiem osób. Po spotkaniach z bojownikami ruchu oporu w różnych częściach Iraku nie ulega dla mnie wątpliwości, że będzie dużo więcej takich ataków.
Samobójcze zamachy bombowe – ich pierwszym celem była w sierpniu placówka ONZ – sygnalizują, że narastający ruch oporu wyraźnie zmienia taktykę. Kierowane przez USA wojska koalicyjne, sfrustrowane swoją niezdolnością opanowania sytuacji, oskarżają o te ataki elementy cudzoziemskie, które przeniknęły do kraju.
Podkreślają podobieństwo między tą nową taktyką a taktyką stosowana przez Al-Kaidę i inne ugrupowania bojowe na Bliskim Wschodzie. Tylko nieliczni zdają się dostrzegać, że Irakijczycy, którzy są dobrze wyszkoleni wojskowo, po prostu przyswoili sobie cudze doświadczenia i sami przeprowadzają te ataki.
Spotkanie pod Ramadi
Z bojownikami irackiego ruchu oporu po raz pierwszy spotkałem się w gospodarstwie rolnym na przedmieściach Ramadi – na północ od Bagdadu. Było to w kilka miesięcy po upadku reżimu Saddama Husajna i tego dnia mieszkańcy Ramadi zbierali się w meczecie na uroczystościach pogrzebowych ku czci młodego Irakijczyka zabitego przez wojska amerykańskie.
Ten nieuzbrojony człowiek prowadzący cywilny samochód nie zatrzymał się na punkcie kontrolnym. Nie było żadnych znaków ostrzegających go i innych kierowców przed niebezpieczeństwem, które na nich czyhało. Byłem zaskoczony gniewem, jakiemu dawali wyraz miejscowi ludzie – taka śmierć (ten młody człowiek nie był pierwszym ani ostatnim, który zginął na punkcie kontrolnym) wyraźnie pobudzała ich do walki z wojskami okupacyjnymi.
Po pogrzebie, gdy szybko zbliżała się budząca strach godzina policyjna, obowiązująca od 22.00, moi nowi znajomi iraccy zaprosili mnie do pobliskiego bezpiecznego miejsca. Jadąc niebezpieczną szosą prowadzącą z Ramadi do Bagdadu – codziennie dochodzi na niej do ataków ruchu oporu i band ulicznych – zaczęliśmy rozmawiać o naturze irackiego ruchu oporu.
Bardzo chciałem dowiedzieć się, dlaczego tak szybko szerzy się on w całym kraju i co motywuje jego członków. Moi znajomi – zwykli Irakijczycy – natychmiast zaproponowali, że przedstawią mnie bojownikom, których znają.
Bojownicy byli ubrani po cywilnemu, ale mieli zakryte twarze i byli uzbrojeni w różnorodną broń lekką – od kałasznikowów AK-47 i ręcznych granatników przeciwpancernych RPG-7 po podręczne wyrzutnie rakiet i granaty.
Tym, co zrobiło na mnie największe wrażenie, było ich ogromne zaangażowanie w sprawę – wyzwolenie Iraku od obecnych okupantów. To nie były żadne “baasistowskie niedobitki”. Przeciwnie – uważali, że to Saddam Husajn jest odpowiedzialny za to, że Amerykanie okupują Irak. Mówili nawet, że schwytanie Saddama przez wojska koalicyjne raz na zawsze zerwie jego powiązania z ruchem oporu. Nazywali się nacjonalistami. Jeden z nich powiedział: “Nie chcemy przyglądać się, jak nasz kraj jest okupowany przez siły wyraźnie działające po linii swoich własnych interesów, a nie dążące do zwrócenia Iraku Irakijczykom.”
Saddamowcy w Tikricie
Później spotkałem się z innym nurtem ruchu oporu – z saddamowymi lojalistami w Tikricie. Filmowaliśmy na głównej ulicy tego miasta, gdy podeszło do nas dwóch młodych, dobrze zbudowanych Irakijczyków. Gdy pytali nas, dla kogo pracujemy, obok przejechał konwój amerykański i ci dwaj mężczyźni obrzucili żołnierzy amerykańskich wyzwiskami grożąc, że zamienią Irak w ich cmentarz.
Następnie pochwalili się nam, że poprzedniej nocy zaatakowali Amerykanów przed pałacem Saddama w tym mieście i że będą atakować codziennie – dopóki nie wypędzą ich z kraju. Jeden z nich oświadczył, że w tym mieście nikt nie popiera Amerykanów, którzy nigdy nie będą tu bezpieczni – nawet jeśli będą ich tysiące.
Nie były to czcze groźby. Spędziłem noc z pewną rodzina iracką. Gdy siedzieliśmy w ogrodzie za domem, byliśmy świadkami ośmiu eksplozji, które następowały po sobie co kilka minut. Mój gospodarz, profesor uniwersytetu, wyjaśnił, że to ataki moździerzowe na kwaterę wojsk amerykańskich w Tikricie.
Islamiści w Mosulu i Faludży
W Mosulu i Faludży działają jeszcze inne ugrupowania ruchu oporu. Większość z nich identyfikuje się z takimi organizacjami islamistycznymi, jak Stowarzyszenie Braci Muzułmanów. Ostatnio nadeszły doniesienia o spotkaniach w stolicy Jordanii wysoko postawionych działaczy palestyńskiego Hamasu z przedstawicielami tego nurtu ruchu oporu, który zapragnął poznać doświadczenie Hamasu, a zwłaszcza jego skrzydła wojskowego, dobrze znanego z samobójczych zamachów bombowych na cele izraelskie.
Należało spodziewać się takiego rozwoju sytuacji. Gdy 11 kwietnia Mosul wpadł w ręce wojsk amerykańskich, miasto pogrążyło się w terrorze i chaosie. Pentagon obiecał, że tysiące żołnierzy amerykańskich zapewnią w Mosulu bezpieczeństwo i zapobiegną masowym grabieżom. Przyjechałem tam tego samego dnia.
W porze modłów zebrały się tłumy wiernych, aby posłuchać jednego z czołowych duchownych sunnickich Mosulu, który wzywał do okazania cierpliwości, ale ostrzegał, że jeśli nie przywróci się spokoju i bezpieczeństwa i “okaże się, że to nie jest obiecane wyzwolenie, lecz okupacja, mieszkańcy Mosulu będą potrafili stawić opór. Nigdy nie zgodzimy się, aby Irak stał się drugą Palestyną.”
Irak to kraj, który przeżył ponad 20 lat wojny i ponad 10 lat sankcji. Motywacje każdego nurtu irackiego ruchu oporu są odmienne – saddamowych lojalistów zagrzewa do walki utrata władzy, nacjonalistów – pragnienie odzyskania niepodległości i zapewnienia bezpieczeństwa, a islamistów – marzenie, że w narodzie irackim zapanuje islam polityczny.
Te aspiracje mogą do siebie nie pasować, ale dążeniem wszystkich ugrupowań jest wspólna walka ze wspólnym wrogiem Iraku – z wojskami okupacyjnymi.
Co najmniej w niektórych rejonach kraju ten wspólny interes przybiera formy organizacyjne. W Mosulu na odległych od śródmieścia uliczkach stanąłem twarzą w twarz z grupą krzyczących i strzelających w różne strony uzbrojonych mężczyzn. Zapytałem, kim są. Niektórzy przedstawili się jako byli baasiści, a inni powiedzieli, że należą do organizacji islamistycznych. Choć pod względem ideologicznym należeli do zupełnie innych światów, wyjaśnili, że wszyscy przyjmują rozkazy od tego samego komitetu w mieście, kierowanego przez grupę przywódców religijnych. Później stwierdziłem, że podobne stosunki istnieją w Faludży i Samarra.
Ruch oporu rośnie
Determinację i zaciekłość irackiego ruchu oporu wzmogły wybryki żołnierzy amerykańskich. Dowódcy wojsk koalicyjnych nieudolnie prowadzą operacje i ani Brytyjczycy, ani Amerykanie nie wystąpili z jasną “mapą drogową” politycznej odbudowy Iraku, która pozwoliłaby samym Irakijczykom się rządzić.
Przeprowadzane na chybił-trafił kontrole i przeszukiwania domu po domu, często oparte na niedokładnych informacjach, pogorszyły sytuację. Gorszące zachowanie – np. poddawanie kobiet rewizjom osobistym przez żołnierzy płci męskiej – i stosowanie zasady odpowiedzialności zbiorowej nastawiło ludność jeszcze bardziej wrogo i pomogło rozszerzyć masowe poparcie dla ruchu oporu.
Ponieważ coraz więcej Irakijczyków zaciąga się do ruchu oporu, Waszyngtonowi i Londynowi bardzo potrzebna jest rewizja planów wojskowych i politycznych wobec powojennego Iraku. Wojska okupacyjne są w kiepskim położeniu.
Jeśli w obliczu narastającego ruchu oporu umocnią swoja obecność wojskową, jeszcze bardziej zrażą sobie Irakijczyków do swoich prób decydowania o przyszłości politycznej Iraku – i ruch oporu nadal będzie się szerzył. Jeśli wkrótce nie dojdzie do wycofania wojsk okupacyjnych, obecne sporadyczne ataki na zdominowanym przez szyitów południu kraju rozmnożą się jak grzyby po deszczu.
Wielka Brytania i Stany Zjednoczone przygotowują grunt pod nowy etap w rozwoju irackiego ruchu oporu. Jego członkowie szybko uczą się bliskowschodnich doświadczeń i już stosują nową taktykę. Polega ona na samobójczych zamachach bombowych – a jest to broń, z którą nie radzą sobie nawet najskuteczniejsze siły antyterrorystyczne.
Tłum. Zbigniew Marcin Kowalewski
Przedruk z “Nowego Tygodnika Popularnego” (Instytut Wydawniczy Książka i Prasa).
Artykuł zamieszczamy dzięki uprzejmości redaktora pism
"Nowego Tygodnika Popularnego" i
"Walka Trwa", Zbigniewa Kowalewskiego.