|
29 czerwca, amerykańska baza wojskowa w Babilonie. Żołnierze plutonu chemicznego z Brodnicy właśnie otrzymali pierwsze od miesiąca listy z Polski
Polscy żołnierze chronią się przed upałem w jednym z pomieszczeń swoich prowizorycznych koszar w bazie amerykańskiej w Babilonie
W tych pomieszczeniach mają za kilka tygodni rozgościć się polscy żołnierze. Jak dotąd udało się je odgruzować
- Tu potrzeba żołnierzy do konkretnych zadań, a nie kolejnego skoku na kasę. Poziom naszej armii jest taki, że w amerykańskiej stołówce niektórzy nasi przełożeni pchają się bez kolejki, podczas gdy za nami na swój obiad czeka trzygwiazdkowy amerykański generał - polscy żołnierze w Babilonie |
KORESPONDENCJA Z BAGDADU WYSŁANNIKA
"PRZEKROJU"
MISJA
"KOMPROMITACJA"
Nasi żołnierze czekający w Iraku
na generała Tyszkiewicza nie mają złudzeń - jesteśmy kompletnie nieprzygotowani
do naszej misji. Polacy wolą nie wyjeżdżać z amerykańskiej bazy, bo zamiast
karabinów maszynowych dostali od MON zapas pasty do butów
JAKUB MIELNIK, BAGDAD
ZDJĘCIA PAWEŁ ULATOWSKI/Agencja
Gazeta
Miejscowi na nasz widok przeciągają palcem po gardłach,
jakby chcieli je poderżnąć, choć są też tacy, którzy nas pozdrawiają i
zapraszają do domów - mówi dowódca polskiego patrolu w al Hilla, 60 kilometrów
od Bagdadu. Twarzy kapitana Jarosława Żywickiego nie widać zza mocno wciśniętego
na głowę hełmu i wielkich okularów przeciwsłonecznych. W upale sięgającym 50
stopni w cieniu śluzówka rozgrzewa się tak, że każde zmrużenie oka parzy
powieki. Spod szczelnie zapiętego munduru kapitana widać tylko usta. Brodę opina
pasek od hełmu. Niżej jest jeszcze 12-kilogramowa kamizelka kuloodporna.
Żywicki dowodzi plutonem, który z bronią gotową do strzału strzeże tego, co
w przyszłości ma się stać polskim garnizonem w Iraku. Kiedyś w al Hilla były
koszary irackiej armii. Teraz stoją tylko gołe mury. Wszystko, co miało
jakąkolwiek wartość, już dawno zostało złupione. Ze ścian wyrwano instalacje, z
podłogi zniknęły płytki, po oknach też ani śladu. Wokół budynku przywiezieni
przez polskich żołnierzy Irakijczycy udają, że pracują. Amerykanie płacą im po
dwa dolary dziennie za porządkowanie terenu pod przyszłe polskie koszary. Kilka
dni temu na drodze, którą codziennie przejeżdżają polscy żołnierze, ktoś
zniszczył amerykańskiego hummera.
Stojący w cieniu żołnierze z niepokojem
wypytują o sytuację w Bagdadzie. Zastanawiam się, co im powiedzieć. Przy
wjeździe do irackiej stolicy powitał nas bijący w niebo słup czarnego dymu. To
szabrownicy podpalili kolejny splądrowany budynek. Nad miastem raz po raz
przelatują amerykańskie śmigłowce.
Za dnia toczy się normalne życie, ale o
zachodzie słońca ulice pustoszeją. Miejska sieć energetyczna działa tylko w
niektórych dzielnicach, i to kilka godzin dziennie. Gdy zawiodą spalinowe
generatory, robi się kompletnie ciemno, a zza okna słychać pojedyncze strzały.
ATMOSFERA OBLĘŻENIA
Polscy żołnierze nie wypuszczają się do
stolicy. Worek z pocztą - pierwszy, jaki dotarł do Bagdadu od miesiąca - przez
tydzień leżał gdzieś w zakamarkach polskiej ambasady, bo nie było nikogo, kto by
go odebrał lub zawiózł do bazy marines w Babilonie, gdzie mieszkają polscy
żołnierze.
Dyplomaci boją się wypuszczać poza teren placówki z tych samych
przyczyn, dla których żołnierze nie wystawiają nosa poza najbliższe okolice
Babilonu. Budynku ambasady strzegą brodaci żołnierze GROM-u, jest ich jednak
zbyt mało, żeby zapewnić Polakom bezpieczeństwo poza placówką.
Zresztą konwój
z ochroną od razu zwraca uwagę i staje się łatwym celem ataku. - Pan podróżuje
prywatnym irackim samochodem, ale nasze auta są od razu na celowniku - mówi
konsul Tomasz Giełżecki, gdy proponujemy, że zawieziemy żołnierzom pocztę.
Konsul ma powody do obaw. Amerykanie ogłosili, że wszyscy dyplomaci, którzy
przebywają w mieście, czynią to na własną odpowiedzialność.
W
prowizorycznych polskich koszarach w Babilonie żołnierze roztrząsają najnowsze
informacje o wojnie. Wiadomość o poczcie z kraju rozluźnia atmosferę, ale poza
listami nie mamy dobrych wieści. Iracki kierowca, który przywiózł nas z Bagdadu
do bazy w Babilonie, opowiadał, że w nocy obudził go wybuch. Tuż pod jego domem
ktoś ostrzelał z wyrzutni rakietowej amerykański patrol. Zginęło dwóch
żołnierzy.
- Na ulicy żaden z nas nie miałby szans - mówi kapitan Żywicki.
Inżynier po Politechnice Łódzkiej przyjechał z jednostki logistycznej z Opola
pomagać w instalowaniu polskiego kontyngentu. Teraz odbywa normalne patrole
bojowe w pełnym rynsztunku. Żywicki zdaje sobie sprawę, że broń, kamizelka i
hełm, w których zalewa się potem, dają tylko złudzenie
bezpieczeństwa.
Kapitan nie może się doczekać powrotu z koszar w al Hilla do
amerykańskiej bazy w Babilonie. Jest jedynym spośród tysięcy stacjonujących tam
żołnierzy, na którego czeka żona. Daria Żywicka, uśmiechnięta szatynka w stopniu
kapitana, jest tłumaczem polskiego oddziału w Babilonie i regularnie korzysta z
maila u Amerykanów. Gdy żołnierze zabierają się do czytania listów, jej mąż
pierze mundur.
Dla wojskowego małżeństwa to już druga wspólna misja
zagraniczna. Dzięki zarobionym wcześniej w Libanie pieniądzom Żywiccy kupili
sobie mieszkanie. W wolnych chwilach, których w czasie służby w ONZ nigdy nie
brakowało, zwiedzali zabytki Bliskiego Wschodu i planowali kolejne wyprawy. -
Pociągał nas ten dreszczyk emocji i możliwość zwiedzania świata - wspomina Daria
Żywicka.
Dziś, gdy w obozie położonym tuż pod murem odrestaurowanego przez
Saddama pałacu Nabuchodonozora Daria Żywicka czeka na powrót męża, nie w głowie
jej turystyka. Zwłaszcza że dowództwo już zapowiedziało, iż o urlopach przed
zakończeniem zmiany nie ma co marzyć.
W klimatyzowanym kontenerze Żywiccy
mają namiastkę domu: komputer, biurko i dwie polówki, które zastępują małżeńskie
łoże. - Mamy już dosyć pieniędzy i przygód. To będzie nasz ostatni wyjazd, czas
pomyśleć o dziecku - mówi kapitan Daria.
POSPOLITE RUSZENIE
Chemicy z Brodnicy na razie mogą tylko marzyć o
takim luksusie jak klimatyzacja. W ciągu dnia pełnią służbę lub po prostu nudzą
się w obezwładniającym upale. W nocy temperatura spada do 35 stopni i żołnierze
wsiąkają powoli w swoje polówki, nasłuchując odgłosów strzelaniny gdzieś na
skraju bazy.
- Tych, którzy przyjadą po nas, będą z Iraku wywozić w workach
- mówią żołnierze z Brodnicy. Z 40 chemików, którzy zgłosili się na ochotnika na
wyjazd do Iraku, tylko dziewięciu chce przedłużyć pobyt o kolejne sześć
miesięcy. Żołnierze twierdzą, że w niektórych przypadkach ich wyjazd nie był
całkiem dobrowolny. - Kilku z nas kończyły się kontrakty. Gdybyśmy się nie
zgłosili, nikt by nam ich nie przedłużył - mówi oficer z Brodnicy. Nie poda
swojego nazwiska, bo, jak sam mówi, nie chce się żegnać z wojskiem. Koledzy z
jego jednostki też boją się podawać nazwisk i stopni, ale chętnie opowiadają o
tym, w jakich bólach rodzi się polska strefa stabilizacyjna.
Wiosną tego
roku chemicy trafili do Jordanii jako polskie wsparcie dla wojsk amerykańskich
atakujących Irak. Gdy po obaleniu Saddama Husajna gruchnęła wiadomość o
tworzeniu polskiej strefy w Iraku, w Warszawie zaczęto gorączkowo szukać
oddziału, który choć symbolicznie mógłby zaznaczyć obecność Polski w siłach
okupacyjnych. Komandosi z GROM-u byli zajęci ochroną instalacji naftowych na
południu, daleko od wyznaczonej Polsce strefy. Wybór padł więc na chemików z
Brodnicy, którzy byli najbliżej. Jednostka logistyczna z Opola, w której służą
Żywiccy, miała wspomóc oddział z Brodnicy, ale żołnierze nie mieli nawet czym
dolecieć na Bliski Wschód. Samolotu użyczył im prezydent Kwaśniewski.
Sklecona naprędce z dwóch jednostek grupa wynajęła w Jordanii ciężarówki i
ruszyła w stronę granicy z Irakiem. Konwój 50 aut chroniony przez uzbrojonych w
ręczną broń speców od usuwania skażeń chemicznych i organizowania zaplecza przez
dwa dni brnął przez rozpaloną pustynię. W czasie nocnego postoju przy
autostradzie Żywiccy znaleźli romantyczną chwilę dla siebie. - Nad nami było
niebo pełne gwiazd, a pod głową mieliśmy przeładowane pistolety - mówi
Daria.
Polacy nie wiedzieli nawet, gdzie jest najbliższa amerykańska
jednostka. - W końcu znaleźliśmy okopane na pustyni czołgi. Amerykanie poważnie
się zdziwili na nasz widok. Nie bardzo wiedzieli, co z nami zrobić - opowiada
jeden z żołnierzy.
W klimatyzowanym budynku u stóp pałacu obalonego
dyktatora jest już miękki fotel dla generała Tyszkiewicza. Kuwejcka firma
pracująca na zlecenie Amerykanów postawiła też klimatyzowane namioty dla ekipy,
która pojawi się w Babilonie razem z generałem. Ma być 200 osób, w tym 70
oficerów.
- Tu potrzeba żołnierzy do konkretnych zadań, a nie kolejnego
skoku na kasę - mówią żołnierze z Brodnicy. Ich zdaniem do Iraku trafiają w
większości ludzie z układami, którzy od lat jeżdżą na lukratywne misje
zagraniczne. Młodsi, lepiej wykształceni i lepiej mówiący po angielsku
oficerowie mają małe szanse na taki wyjazd. Żołnierze skarżą się, że ich misja
bardziej przypomina pospolite ruszenie niż operację wojskową w kraju ogarniętym
pełzającą wojną domową.
Gołym okiem widać, że pomysł sklecenia na poczekaniu
grupy z kilku różnych jednostek nie wypalił już w fazie przygotowań. Drobne
sprawy w obliczu zagrożenia życia urastają do rozmiarów apokaliptycznych
konfliktów, których nikt nie potrafi na razie rozwiązać.
Dowódcy mówią o
potrzebie stabilizowania kraju i uczenia Irakijczyków demokracji. Brzmi to jak
pusty frazes z propagandowych materiałów US ARMY, bo miesiąc po zainstalowaniu
Polaków na południu Iraku ciągle nie ma nikogo, kto potrafiłby nawiązać kontakt
z miejscowymi przywódcami. 30 tłumaczy ma przyjechać z generałem Tyszkiewiczem,
jednak są wątpliwości, czy sobie poradzą. - Ci ludzie w większości znają język
literacki, a nie dialekt, którego używa się na południe od Bagdadu - mówił mi
jeszcze w Warszawie Grzegorz Zasada z Ośrodka Studiów Wschodnich. Jego placówka
z pomocą mieszkających w Polsce Irakijczyków przygotowała dla polskich żołnierzy
rozmówki, w których znalazły się zwroty charakterystyczne dla tej części świata
arabskiego. Na razie żołnierze uczą się podstawowych słów od dzieci kręcących
się po koszarach w al Hilla.
CHCEMY DO DOMU
- Często pytają nas: "Ilu Irakijczyków zabiłeś?". To
mówi wiele o tym, jak nas widzą - opowiada Żywicki. Mundur - bez względu na to,
jakie flagi są naszyte na rękawie - działa na Irakijczyków jak płachta na byka.
- W przeciwieństwie do Amerykanów, którzy poruszają się solidnie uzbrojonymi
konwojami, my planujemy lekkie, nierzucające się w oczy patrole - mówi dowódca
oddziału z Babilonu, pułkownik Janusz Adamczak. Jednak żołnierze, którzy muszą
codziennie jeździć do al Hilla, woleliby mieć zamontowany na dachu chociaż jeden
karabin maszynowy. - Zamiast tego mamy cały kontener z czarną pastą do butów,
która roztapia się w tym upale - mówi jeden z żołnierzy, pokazując buty z
jasnego zamszu, jakie noszą tu wszyscy polscy żołnierze.
Na razie setce
Polaków udaje się unikać kłopotów. Nieuchronnie zbliża się jednak moment, kiedy
do Iraku przyjedzie więcej polskich żołnierzy, zaczną się regularne patrole i
trzeba będzie stanąć oko w oko z tutejszą rzeczywistością. Młodym junakom,
którzy myśleli o wielkiej przygodzie na pustyni, zrzedły miny. - Mam już dosyć
wojny, wolę wrócić do domu - słyszymy na pożegnanie.
Iracki kierowca pogania
nas, bo robi się późno i możemy nie zdążyć do Bagdadu przed zmrokiem. W mijanych
po drodze miasteczkach nikt już się do nas nie uśmiecha. Przeciskający się przez
stojące w korku samochody Arabowie bębnią rękami w karoserię naszego auta. W
uszach dźwięczy mi pytanie, które usłyszałem w drodze do Bagdadu od członka
ekipy telewizji NBC: - Amerykanie tracą dwóch żołnierzy w ciągu nocy. Co zrobi
wasz rząd, gdy przyjdzie kolej na polskich żołnierzy?
JAKUB MIELNIK, BAGDAD