Carlos Fuentes: Stany Zjednoczone Amnezji
Stany Zjednoczone Amnezji
Carlos Fuentes, 04.04.2003 19:51
Bez Francji nie byłoby Stanów Zjednoczonych. Mądre zdecydowanie Francji może otworzyć perspektywę porządku światowego zbudowanego na prawie. Stany Zjednoczone wolą tego nie wiedzieć.
Groteskowa frankofobia rozpętana przez najbardziej zapalonych amerykańskich patriotów wskazuje, że supermocarstwo zasługuje na nazwę Stanów Zjednoczonych Amnezji.
Gdyż trzeba to powiedzieć: Stany Zjednoczone nie powstałyby bez Francji. Bez poparcia monarchii francuskiej Waszyngton i jego ludzie mogliby nie wygrać wojny o niepodległość. W 1776 Benjamin Franklin przedstawił się dworowi Francji jako ambasador rewolucji (dając się zauważyć jako prostolinijny republikanin o błyskotliwej inteligencji). W tym samym roku Ludwik XVI zezwolił na darmowe dostarczenie armii Waszyngtona amunicji o wartości miliona funtów.
Francuska pomoc uratowała Waszyngtona w trakcie okrutnej zimy 1777: osłabione dezercjami siły rewolucyjne, otoczone pod Morristown, uratowały się dzięki francuskiej pomocy.
W 1778 zbuntowane kolonie Ameryki Północnej podpisały z Francją układ o przyjaźni i handlu. Umowa zawierała klauzulę najwyższego uprzywilejowania oraz zobowiązywała Francję do zagwarantowania niepodległości Stanów Zjednoczonych Ameryki. Logiczną konsekwencją tego układu ratyfikowanego w lutym była wojna między Anglią i Francją, która wybuchła w czerwcu.
Liczni francuscy oficerowie wysokiej rangi otwarcie i czynnie poparli Waszyngtona i jego buntowników.
Pierwsza flota francuska, dowodzona przez Charlesa Hecktora dEstaing (nazwisko, które później nosił prezydent Valery Giscard dEstaing), zablokowała Anglików w porcie Nowy York w 1778.
Markiz La Fayette, który sam sfinansował swoją wyprawę dołączył do sił rewolucyjnych by w 1777 (jak prawie dwa wieki później Argentyńczyk Che Guevara na Kubie) trafić do dowództwa rewolucji. Już w 1776 przekonał Ludwika XVI do wysłania korpusu ekspedycyjnego w sile 6 tysięcy ludzi, by walczył u boku Waszyngtona .
Zwycięstwo amerykańskiej wojny niepodległościowej byłoby nie do pomyślenia bez decydującej interwencji armii francuskiej. W 1780 flota pod dowództwem admirała Grassea zablokowała armię angielską w Wirginii odcinając jej ucieczkę morzem. W tym czasie, w tej samej Wirginii, hrabia de Rochambeau i jego oddziały stawiały czoło angielskiemu generałowi Conrwallisowi. Blokada floty francuskiej i poparcie wojskowe udzielone armii Waszyngtona przesądziły o losie Anglii w jej trzynastu koloniach. Cornwallis skapitulował w październiku 1780, niepodległość Stanów Zjednoczonych została ostatecznie zdobyta.
Generał John Pershing, dowódca amerykańskiego korpusu ekspedycyjnego w czasie pierwszej wojny światowej, oddał cześć grobom francuskich bohaterów rewolucji amerykańskiej wypowiadając słowa Oto jesteśmy La Fayette. Jednak generał Pershing miał żołnierskie uczucia honoru oraz narodowej wdzięczności, której kompletnie brakuje cholerycznemu i krwiożerczemu sekretarzowi obrony w rządzie Busha Donaldowi Rumsfeldowi. Rumsfeld w 1983 scementował sojusz z Saddamem dostarczając mu broni masowego rażenia. Dziś ten Drakula Pentagonu nie może tego znieść dając dowód dwulicowości. Stany Zjednoczone to doktor Frankenstein współczesnego świata, specjalista od tworzenia potworów, które odwracają się przeciwko swemu twórcy.
Saddam w Iraku, ben Laden w Afganistanie to tylko dzieci tępej, sprzedajnej i sprzecznej polityki zagranicznej państwa, które, jeśli chce, potrafi być pragmatyczne i dalekowzroczne.Wyobraźmy sobie czy tak wyglądałby świat gdyby Bill Clinton mieszkał ciągle w Białym Domu albo Al. Gore wygrał wybory (które w rzeczywistości wygrał jeśli brać pod uwagę wynik głosowania powszechnego).
Bill Clinton wypełniał obowiązek przywódcy supermocarstwa z dyskrecją, zdolnością do negocjacji i tworzenia sojuszy zupełnie obcych hałaśliwym demonstracjom manicheizmu (Z nami albo przeciwko nam, Oś Zła) uzbrojonego w pistolety ewangelisty, który zastąpił go w Białym Domu. Jestem przekonany, że po 11 września Clinton i Gore skoncentrowaliby wysiłek swego narodu na walce z terroryzmem, wrogiem niekonwencjonalnym, wymagającym zwalczania niekonwencjonalnymi metodami; nie łamaliby solidarności międzynarodowej by kierować siły na wojnę z Irakiem.
Bush i spółka, swoimi arbitralnymi i niszczycielskimi decyzjami burzą światowy pokój, zamieniają świat w hodowlę terrorystów. Dzięki zaślepieniu aktualnego amerykańskiego rządu, ben Laden ma dzisiaj do dyspozycji armię potencjalnych zamachowców, którzy o ironio!- nie muszą już martwić się antyfundamentalistycznymi prześladowaniami Saddama Hussajna.
Ale, oczywiście, jest coś gorszego: to usankcjonowanie przez Biały Dom zasady wojny prewencyjnej. Jeśli zimna wojna nie zrobiła się gorąca to dlatego, że przeważyła polityka powstrzymywania konfliktów. Jeśli tę zasadę zastąpić użyciem siły każde państwo może pierwsze zaatakować drugie jeśli uzna je za przeciwnika. Najlepszy przykład to japoński atak na Pearl Harbor, 7 grudnia 1941 roku. To dzień, który pozostanie w annałach hańby powiedział wtedy największy amerykański prezydent XX wieku Franklin D. Roosevelt.
Czy atak na Irak również będzie takim dniem hańby? Nie wiem. Ale haniebny czy nie jest i będzie dniem niebezpiecznym. Jeśli w XXI wieku społeczność międzynarodowa nie stworzy spójnego porządku prawnego i politycznego dojdziemy, od kryzysu do kryzysu, na skraj przepaści, która nazwa się nuklearną apokalipsą.
To dlatego mądre zdecydowanie Francji, jej prezydenta Jacquesa Chiraca i ministra spraw zagranicznych Domiquea de Villepin, jest nie tylko szansą dla świata. Jest też szansą dla samych Stanów Zjednoczonych Ameryki, gdyż otwiera perspektywę globalnego porządku zbudowanego na prawie.
Aktualny rząd amerykański, bez pamięci, bez wiedzy i bez rozumu, nie pojmuje tych racji. Śmieszni ultrasi z Północy myślą, że zmieniajac nazwę francuskich frytek na frytki wolności zwalczają Francję. Być może na jakiś czas przestaną pić wodę Evian i, na krócej, szampana.
Ale u wejścia do zatoki Nowego Yorku stoi statua Wolności dar Francji dla Stanów Zjednoczonych przypominając Amerykanom że, choć wierzą, że uratowali Francję w czasie dwóch wojen światowych, Francja nie tylko uratowała, ale i w decydujący sposób pomogła w powstaniu Stanów Zjednoczonych Ameryki.
Carlos Fuentes, pisarz meksykański
03/03/2004
tłum: J.S.A
IG Farben/Standard Oil=Exxon=Esso, CEO D.Rockefeller