Scott Ritter: w Iraku wygra ruch oporu.

(Scott Ritter był amerykańskim inspektorem rozbrojeniowym ONZ w Iraku w latach 1991-1998)

 

Bitwa o suwerenną przyszłość Iraku to bitwa o serca i umysły Irakijczyków. Wszystko wskazuje, że zwyciężą ci, którzy lepiej rozumieją rzeczywistość współczesnego społeczeństwa irackiego, to jest liderzy antyamerykańskiego ruchu oporu.

Rząd Allawiego stworzyła koalicja kierowana przez Stany Zjednoczone, aby skontrować baasistowski nacjonalizm, który nie istnieje od dziesięciu lat.

Po pierwszej wojnie w Zatoce reżim Saddama Husajna zmienił się w mieszankę muzułmańskiego fundamentalizmu, trybalizmu i nacjonalizmu, co najlepiej oddawało polityczną rzeczywistość Iraku.

Dzięki szczegółowemu planowaniu i dalekowzroczności porucznicy Saddama są właśnie w trakcie dowodzenia irackim ruchem oporu, w tym grupami islamskimi.

W sierpniu 1995 roku, zięć Saddama, Hussajn Kamal, uciekł do Jordanii. Po 14 miesiącach amerykańskiej okupacji Iraku, świadectwo Kamala, który twierdził, że irackie bronie masowego rażenia zostały zniszczone w 1991, nabiera wiarygodności zwłaszcza, że nic nie znaleziono.

Ale ważniejszy jest powód, którym Kamal tłumaczył swoją ucieczkę: Saddam kazał wszystkim wyższym funkcjonariuszom partii Baas chodzić na kursy Koranu. Dla Saddama ten radykalny zwrot był konieczny by przetrwać, biorąc pod uwagę rzeczywistość Iraku po wojnie.

Tradycyjna ideologia partii Baas, zbudowana na arabskim nacjonalizmie, nie miała już tej siły co dziesięć lat wcześniej. Stworzenie nowych fundamentów władzy wymagało nie tylko włączenia szyickiej większości – która zbuntowała się wiosną 1991 – ale i przychylności integryzmu religijnego rosnącego wśród plemion sojuszniczych, np. u sunnitów z zachodu kraju.

Najbardziej widocznym symbolem nawrócenia Saddama na islam był rozkaz dodania do irackiej flagi napisu “Bóg jest wielki”.

Mimo to przemiany polityki wewnętrznej Iraku pozostały na Zachodzie na ogół niezauważone. Zdaje się, że dla administracji Busha były całkowicie niewidoczne. Niedawne “przekazanie suwerenności” rządowi Allawiego dowodzi tego niezrozumienia.

Jeden z pierwszych dekretów Paula Bremera, byłego szefa władz tymczasowych koalicji, wprowadzał “debaasyfikację”, tj. zabraniał byłym znacznym członkiem partii Baas mieszania się w zarządzanie postsaddamowskim Irakiem. To prawo wskazywało na stan umysłu okupantów: radykalni baasiści wierni Saddamowi stanowili dla nich główne niebezpieczeństwo.

Wyżsi przedstawiciele administracji Busha przyznali się do błędu, ale trochę za późno. W kwietniu 2004 Bremer oficjalnie anulował “debaasyfikację”. Pentagon mówi teraz o “kontrakcie małżeńskim” między islamistami a członkami reżimu Saddama, sugeruje nawet, że islamiści przejmują kontrolę komórek baasistów osłabionych antypowstańczymi działaniami Stanów Zjednoczonych.

Raz jeszcze Pentagon się myli. Polityka Stanów Zjednoczonych jest ślepa, albo nie chce widzieć kto w terenie jest rzeczywistym wrogiem.

Iracki ruch oporu nie jest “małżeńskim kontraktem”, ale raczej rezultatem wielu lat przygotowań. Zamiast dać się wchłonąć przez szerszy ruch islamski byli porucznicy Saddama pociągają za sznurki w całym Iraku. Kontrolę nad integrystami islamskimi przejęli już dawno, jawnie bądź nie.

Wystarczy spojrzeć na listę 55 najbardziej poszukiwanych członków władz Saddama: osoby, których dotąd nie odnaleziono, tworzą prawdopodobnie centrum dowodzenia irackiego ruchu oporu. To sukces strategicznej decyzji Saddama zerwania z ideologią baasistowską, dziesięć lat temu.

Nie należy zapominać, że po zajęciu Bagdadu przez Stany Zjednoczone nigdy nie było formalnej ceremonii kapitulacji. Siły bezpieczeństwa Saddama nigdy nie zostały rozbite, po prostu wtopiły się w społeczeństwo, gotowe do podjęcia służby we właściwym momencie.

Tak zwany islamski ruch oporu jest kierowany przez byłego wiceprezydenta Izzata Ibrahima Al Douri, sunnitę i nacjonalistę. Jego zastępcą jest Rafi Tilfah, który kierował Dyrekcją Bezpieczeństwa Powszechnego (DBP), organizacją, która w czasach Saddama całkowicie kontrolowała irackie społeczeństwo poprzez sieć swoich współpracowników i informatorów.

Jako inspektor ONZ prowadziłerm inspekcję siedziby DBP w Bagdadzie, jak też siedzibę regionalną w Tikricie. Całe sale były wypełnione teczkami tych, którzy pracowali z DBP lub dla niej. Nie ma w Iraku nikogo, żadnej rodziny, plemienia czy ruchu islamskiego, których DBP nie znałaby w szczegółach. Nieocenione informacje jeśli chodzi o koordynację i propagowanie ludowego ruchu oporu.

Wielokrotnie, w latach 1997 i 98, spotykałem też byłego szefa Specjalnej Organizacji Bezpieczeństwa Haniego Al Tilfaha, kiedy śledził moje inspekcje. Dzisiaj, z tymi samymi oficerami, Hani pomaga koordynować operacje irackiego ruchu oporu.

Tahir Habbush kierował Iracką Służbą Wywiadu, która po cichu doskonaliła produkcję bomb i ich zastosowanie. Na kilka miesięcy przed inwazją amerykańską rozkazano mu ulokować swoich ludzi wśród populacji, tak by pozostali niezauważeni przez władze okupacyjne.

Ostatnie ataki antyamerykańskie w Faludży i Ramadi były dziełem ludzi zdyscyplinowanych, bijących się w skoordynowanych grupach, prawdopodobnie wyłonionych z Gwardii Republikańskiej Saddama.

Poziom ich organizacji nie jest niespodzianką dla tych, którzy znają rolę byłego szefa Gwardii Sayfa Al-Rawiego, który właśnie po to zdemobilizował niektóre jednostki, jeszcze przed amerykańską inwazją.

Przekazanie władzy nowemu rządowi Allawiego to farsa, która – z tragicznymi konsekwencjami – w następnych tygodniach czy miesiącach sflaczeje sama z siebie.

Rządowi Allawiego, wybranemu przez Stany Zjednoczone wśród zagranicznych opozycjonistów Saddama, brakuje nie tylko podstaw prawnych, ale i legitymacji w oczach obywateli.

Prawda jest taka, że w Iraku nigdy nie było znaczącej ludowej opozycji, której administracja Busha mogłaby powierzyć tworzenie nowego rządu. To dlatego Stany Zjednoczone liczą na usługi ludzi związanych z zagranicznymi tajnymi służbami czy partie opozycyjne mocno infiltrowane przez służby bezpieczeństwa Saddama.

Bez względu na to ilu żołnierzy wyślą jeszcze Stany Zjednoczone i bez względu na długość ich pobytu rząd Allawiego jest skazany na porażkę. I im bardziej nie będzie mu wychodziło tym bardziej będzie potrzebował Stanów Zjednoczonych żeby się utrzymać. A im bardziej Stany Zjednoczone będą go podtrzymywać tym bardziej będzie niewiarygodny dla populacji, na tym skorzysta ruchu oporu.

Przeżywamy koszmar, który potrwa z dziesięć lat i spowoduje śmierć tysięcy Amerykanów i dziesiątek tysięcy Irakijczyków. W Iraku tworzy się antyamerykański, solidny i niebezpieczny ruch oporu, który pewnego dnia będzie oglądał wycofanie się oddziałów amerykańskich, tak jak Izrael musiał wycofać się z Libanu.

Rachunek jest dość prosty: im szybciej wycofamy się z tego kraju tym ten ruch będzie słabszy. I prawdą jest cos przeciwnego: im dłużej zostajemy tym bardziej ten ruch się wzmacnia.

Nie ma eleganckiego wyjścia z naszej katastrofy w Iraku. Nie ma mowy o zwycięstwie, można tylko ograniczyć przegraną.

Scott Ritter, 24 lipca 2004

www.zmag.org/content/showarticle.cfm?SectionID=15&ItemID=5926

iraqresistance.net

tłum: j.s.a