Szpital al- Nazzal zrównany z ziemią
Reportaż AFP z Faludży: miasto się broni i prosi o pomoc.

 

Faludża, Irak, 9 listopada 2004, 16.33 GMT

Ukryci w budynku rebelianci strzelają z kałasznikowów i granatników antyczołgowych, ale zaraz zmieniają budynek, by nie wpaść w oko lotnictwu i artylerii sił amerykańsko-irackich*, które zalewają miasto potopem ognia.

Tak wielka zbrojna przewaga zmusza partyzantów do ruchliwości. Kiedy padają bomby i pociski pozostają ukryci, ale kiedy jest choć minuta przerwy posuwają się małymi grupami, zajmują pozycje bojowe i otwierają ogień.

Rozmieszczeni na wyższych piętrach strzelcy próbują przeszkodzić w marszu amerykańskiej piechoty, strzelają do nisko latających śmigłowców.

Obrońcy miasta nie mogą frontalnie odeprzeć nacierających czołgów, pozwalają im jechać i dopiero potem atakują. Wczesnym popołudniem, na ulicy Siódmego Kwietnia, która dochodzi do głównej arterii północnej części miasta, ukryci obrońcy zaatakowali amerykańską kolumnę pancerną. Podobna bitwa miała miejsce w dzielnicy Chouhada w południowo-wschodniej części Faludży.

Walka nie ustaje, obrońcy nie mają chwili odpoczynku. Szukają czegoś do jedzenia w opuszczonych domach, czasem dostają konserwy od bojowników z dalszych linii obrony.

Wyższy amerykański oficer powiedział po południu, że siły USA kontrolują jedną trzecią miasta, ale obrońcy twierdzą, że gwałtowne walki ciągle trwają na południowej i północnej granicy Faludży.

Chodzenie po ulicy stało się niebezpieczne, tylko bojownicy mają odwagę to robić. Mieszkańcy chronią się w domach bez wody i światła. Przed wojną żyło tu 300 tysięcy mieszkańców, teraz, według różnych szacunków, została najwyżej połowa populacji.

Kiedy w jakiś dom trafia lotnicza bomba czy pocisk czołgowy obrońcy pomagają ewakuować ocalonych w pewniejsze miejsca.

Meczety dysponujące własnymi generatorami prądu modlą się przez głośniki i wzywają do obrony.

Do korespondenta AFP zadzwonił imam Abdel Hamid Farhan z meczetu Abdel Aziza w centrum Faludży, twierdząc, że został otoczony wraz z grupą cywilów między meczetem Abu Kubeida a meczetem Al Furkhan. “Okupanci tak strzelają, że nie możemy podnieść głów”.

Sytuacja sanitarna stała się bardzo trudna. Salę kinową, która sąsiadowała z kliniką, przerobiono na salę operacyjną. Dyrektor szpitala dr Hachem Al Isawi apeluje o pomoc. “Mamy tu dzisiaj ponad 30 rannych, musimy amputować nogi i ręce, a nie jesteśmy chirurgami.”

“Mamy za mało lekarstw i nie mamy elektryczności, wody, paliwa; szpital tonie w ciemnościach. Zwracamy się do organizacji międzynarodowych o interwencję, inaczej dojdzie do katastrofy.”

Wyjaśnia, że większość leków zmagazynowano w głównym szpitalu Faludży przy zachodniej granicy miasta, przejętym, w nocy z niedzieli na poniedziałek, przez wojska amerykańskie.

Inny lazaret, islamskiego stowarzyszenia Hazra Mohammadija, założony w śródmiejskim meczecie ma więcej szczęścia. Jeden z lekarzy podkreśla, że ten szpital dysponuje karetką do transportu rannych.

W Faludży są jeszcze dwa szpitale. Do pierwszego, szpitala Taleba Al Dżanabi nie można się dostać, bo leży blisko pozycji amerykańskiej na wschodnich rubieżach miasta. Drugi, zbudowany dzięki funduszom z Bahrajnu, nie ma jeszcze żadnych urządzeń.

AFP Faludża 09/11/2004

tłum: j.s.a

*w ataku na Faludżę bierze udział od 10 do 15 tysięcy żołnierzy, 2 tysiace z nich to oddziały irackie, złożone głównie z Kurdów i szyitów;

 



www.irak.pl - Inicjatywa STOP WOJNIE