("Polska to Etiopia?" - podtytuł od redakcji...) - Wywiad z
Michaelem Moorem.
"Czy
amerykańska lewica zrezygnowała z przekonywania?"
Samuel Douhaire rozmawia z Michaelem Moorem, realizatorem „Fahrenheit 9/11” wyświetlonym wczoraj na Festiwalu w Cannes.
- Dlaczego
używa pan elementów komizmu w filmach, które poruszają tak poważne
tematy?
- Bo chcę dotrzeć do możliwie jak największej liczby ludzi. Duża część amerykańskiej lewicy straciła poczucie humoru i zapomniała jak ważne jest przekonanie mas. Może całkiem zrezygnowała z przekonywania?
- Czy
Fahrenheit 9/11 został nakręcony by przeszkodzić w ponownym wyborze
George’a
Busha?
- Na pewno nie będę nieszczęśliwy jeśli nasz kraj nawróci się na demokrację. Ale gdyby to miało być przemówienie polityczne a nie film, byłbym kandydatem w wyborach. Zrobiłem film, bo kocham kino, po to by dostarczyć rozrywki widzom i - jeśli to możliwe – sprowokować debatę. Mam nadzieję namówić ludzi, a szczególnie Amerykanów do pomyślenia: okłamywano całą Amerykę w ciągu ostatnich czterech lat. No i dlaczego po wspaniałej fali sympatii dla Stanów po 11 września 2001 wyglądamy dziś jako najbardziej okrutny naród na ziemi? Jak mogło do tego dojść tak szybko?
- Pokazuje
się pan w filmie dużo rzadziej niż w „Zabawach z bronią”.
- Dzięki Bogu!
- Skąd ta
dyskrecja?
- Obrazy archiwalne, w większości nigdy nie pokazane przez wielkie amerykańskie telewizje powinny zostać w centrum filmu. No ale przynajmniej słychać mój głos, w sensie fizycznym i duchowym tego słowa (śmieje się). Zawsze chciałem zrobić film gdzie pozostanę za kamerą. Ludzie, którzy mnie dobrze znają, wiedzą, że jestem bardzo nieśmiały. Nie lubię widzieć siebie na ekranie. Ale dla sprawy czasem trzeba. Ludzie myślą zresztą, że to trochę jak moja marka.
-Dlaczego
nie pokazuje pan samolotów rozbijających się o World Trade Center?
- Nawet jeśli kino uważa się za medium wizualne, myślę, że dźwięk jest ważniejszy w filmie niż obraz. Jestem pewien, że ludzie oczekiwali, że pokażę spadające ciała. Dlaczego nie zrobić odwrotnie? Być skonfrontowanym z czarnym ekranem przez minutę i dziesięć sekund, cóż, to dziwaczne, nawet wyjątkowe w amerykańskim filmie: chciałem żeby widzowie użyli swojej wyobraźni rekonstytuując to, co się stało 11 września, na podstawie dźwięku dwóch uderzających samolotów. I właściwie to jeszcze bardziej przerażające. Tym bardziej, że oglądając to ciągle w telewizji straciliśmy może wrażliwość na te obrazy.
- Mówi pan
w filmie, że koalicja dowodzona przez Stany Zjednoczone składa się wyłącznie z
mikro-państw. Zapomina pan o Włoszech,
Hiszpanii…
- Pan myśli, że ludzie w Ameryce wiedzą, że oni w niej są? Zgoda, są Włochy, Hiszpania, Japonia, Australia, ale reszta… to Etiopia!
- W tej
samej sekwencji pokazuje pan kraje koalicji poprzez obrazy karykaturalne: wampir ilustruje Rumunię,
palacz trawki Holandię… czy te stereotypy nie są równie upraszczające jak styl
probushowskich mediów, który pan zwalcza?
- To przecież humor! Odwracam stereotypy, żeby sparodiować kanały informacyjne w rodzaju Fox News. Używam ich broni przeciwko nim.
-
Sfilmował pan rozpacz matki patriotycznej rodziny, która straciła syna w Iraku.
Ten fragment jest uderzający, ale odczuwa się raczej zażenowanie z powodu jego
długości…
- W montażu wyciąłem 80% tego płaczu. Ale chciałem by amerykańska publiczność zobaczyła rozpacz rodzin żołnierzy, którzy zginęli za nic. Tej rozpaczy nie mogła zobaczyć w telewizji.
- W każdym
filmie wraca pan do swego rodzinnego miasteczka
Flint…
- Ciągle mieszkam w Michigan. To istotna część mego życia. Z początku nie chciałem wracać do Flint dla „Zabaw z bronią”, wróciłem bo zdarzyła się ta okropna historia (sześcioletni chłopiec zabił koleżankę z klasy). Natomiast jeśli chodzi o Fahrenheit odkryłem, że zaskakująco wysoki procent żołnierzy zabitych w Iraku pochodzi właśnie z Flint.
- W „Roger
i ja”, pańskim pierwszym filmie Pat Boone śpiewał „I am proud to be an
American”. Po czterech latach rządów Busha jest pan ciągle dumny z bycia
Amerykaninem?
- Nie lubię słowa duma; to podobne do sloganów faszystowskiego pochodzenia. Jestem szczęśliwy z bycia Amerykaninem, lubię moich rodaków. Ale czy mam wybór? Pan ma brązowe oczy. Jest pan z tego dumny? Nie zastanawiał się pan…cóż, jestem Amerykaninem, po prostu.
19/05/2004
liberation.fr
tłum: j.s.a