Martin van Creveld

Czy Izrael zaatakuje Iran? Szaron na wojennej ścieżce.

International Herald Tribune, 21 sierpnia 2004

 

Martin van Creveld jest profesorem historii Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie, wkrótce ukaże się jego nowa książka “Defending Israel”. Jego wcześniejsze prace “Transformation of War” i “The Sword and the Olive” stały się klasykami w dziedzinie strategii wojskowej. Poniższy artykuł ukazał się w IHT na kilka dni przed ujawnieniem izraelskiego szpiega w Pentagonie, zainteresowanego szczególnie dokumentami związanymi z polityką amerykańską wobec Iranu.






W kraju, który od zawsze robił wszystko by trzymać swój potencjał atomowy w cieniu, takie wiadomości są wyjątkiem.

Czy irańskie groźby należy brać serio? Iran testował rakiety ziemia-ziemia Shihab, które są zdolne osiągnąć Izrael, ale ich liczba jest ograniczona. Poza tym wiele wskazuje, że Iran nie ma broni atomowej. Dopóki rakiety Shihab są uzbrojone w głowice konwencjonalne stanowią minimalne zagrożenie dla Izraela czy innych krajów regionu. Natomiast gdyby te rakiety miały głowice chemiczne mogłyby spowodować dużo poważniejsze szkody, ale nawet w tym przypadku istnienie Izraela nie będzie zagrożone.

Oprócz Shihabów Iran ma jeszcze tylko jeden środek walki z Izraelem – może aktywować terrorystyczną organizację Hezbollah w Libanie. Uważa się na ogół, że Hezbollah dysponuje tysiącami pocisków rakietowych dostarczonych przez Iran: mogą one osiągnąć cele w znacznej części północnego Izraela.





Jednak co do irańskich zamiarów mało kto zna ich prawdziwą naturę. Iran jest rządzony przez fundamentalistów islamskich, którzy często wyrażali swoją niezgodę na istnienie Izraela i determinację jego zniszczenia. Jednak plotka, według której Iran pracuje nad bombami atomowymi i będzie je miał za trzy lata, krąży już od piętnastu lat, a jej prawdziwość nigdy nie została dowiedziona.



Nie ma w tym nic dziwnego. Niektórzy z nas, którzy śledzili daremne polowanie na bronie masowego rażenia w Iraku, są dziś mniej skłonni do akceptacji wszystkiego co mówią służby wywiadowcze, również izraelskie. Chimeryczne zagrożenie zostało przecież w całości wyssane z palca.



Nawet jeśli Irańczycy pracują nad zbudowaniem broni atomowej Izrael nie stanowi ich priorytetu. Iran jest dziś ze wszystkich stron otoczony przez wojska amerykańskie: w republikach Azji Środkowej od północy, w Afganistanie od wschodu, w Zatoce od południa i w Iraku na zachodzie. Shamkhani w ostatnim wywiadzie dla Al Dżaziry podkreślił wyraźną niechęć Iranu do tej nadzwyczajnej amerykańskiej obecności. Dał do zrozumienia, że niektórzy irańscy dowódcy sądzą, że powinni uderzyć pierwsi w wypadku bezpośredniego zagrożenia ze strony USA.



Wszędzie gdzie znajdują się wojska amerykańskie mogą znajdować się bronie nuklearne, albo mogą się tam szybko znaleźć. Cały świat oglądał sposób w jaki Stany Zjednoczone zaatakowały Irak: kompletnie bez żadnej przyczyny. W tej sytuacji Irańczycy byliby szaleńcami gdyby nie pragnęli zbudować własnej broni atomowej.





Choć w Iranie rządzą fundamentaliści, większość komentatorów zgadza się, że ich rządy wcale nie są irracjonalne. Jedyna symboliczna postać, która mogła zmusić Irańczyków do krańcowych poświęceń – ajatollah Chomeini – zmarła dziesięć lat temu. A jednak za jego życia to Saddam Hussajn zaatakował Iran, a nie odwrotnie.

Iran nie jest bardziej agresywny niż większość krajów świata.

Jest bardzo wątpliwe, by - mimo swego antyizraelskiego języka - Irańczycy zdecydowali się przygotowywać atak atomowy na kraj, który, jak powszechnie wiadomo, ma wszystko co trzeba do zmiecenia ich z powierzchni planety. Ataki chemiczne czy inne ataki niekonwencjonalne są również mało prawdopodobne ze względu na ich bardzo niepewne rezultaty i pewną odpowiedź Izraela.

Wiele zagranicznych źródeł potwierdza, że Izrael rozlokował już na ziemi i na morzu rakiety zdolne do zadania monstrualnych szkód temu krajowi. Być może mają służyć one zniszczeniu irańskich instalacji nuklearnych, ale do tego celu Izrael użyje raczej swoich bombowców F-15.







Jedyny kraj, który może silnie poprzeć taki atak, to Stany Zjednoczone. Ponieważ aktualna amerykańska administracja podejrzewa Iran o popieranie przynajmniej części irackich powstańców z pewnością przyjęłaby (choć nieoficjalnie) z satysfakcją izraelski atak na Iran, tak samo jak kiedyś, gdy Izrael zniszczył iracki reaktor budowany przez Saddama Husajna pod Bagdadem. Stany Zjednoczone są teraz w samym środku bardzo gorącej kampanii wyborczej, więc jeśli Szaron rzeczywiście ma zamiar działać najlepszy moment mieściłby się między dzisiaj a połową listopada.







W ten sposób kawałki puzzla układają się jeden po drugim. Jeśli Izrael zaatakuje Iran może on zareagować wystrzeliwując swoje rakiety w kierunku Izraela. Ale to mało prawdopodobne. Teheran zwróci się z pewnością do przywódcy Hezbollahu szejka Nasrallaha o reaktywowanie frontu walki z Izraelem. Walki najprawdopodobniej nie ograniczą się tylko do Libanu, obejmą też Syrię. Ciekawe jak zareaguje Egipt, kiedy Izrael zaatakuje Syrię. Czyż prezydent Hosni Mubarak nie mówił, że Egipt w takim przypadku nie pozostanie z założonymi rękami?

Tak czy inaczej wszystko zależy od Ariela Szarona – starego wielbiciela wojen, który już w 1982 wtrącił Izrael w grzęzawisko kompletnie katastrofalnej inwazji na Liban. Możemy mieć tylko nadzieję, że pomyśli dwa razy zanim cokolwiek zdecyduje…



Martin van Creveld

IHT 21/08/2004

tłum: j.s.a