Faisal Bodi

dziennikarz brytyjski, muzułmanin; redaktor naczelny anglojęzycznej witryny internetowej telewizji Al-Dżazira http://english.aljazeera.net (2004)



Izrael nie ma prawa istnieć. Bez izraelskich pretensji biblijnych pokój miałby realną szansę.


Jakiś czas temu w piśmie mego związku studenckiego sugerowałem, że Izrael nie powinien istnieć. Mówiłem też, że współczucie wywołane przez Zagładę stanowiło nieco zbyt łatwe wytłumaczenie izraelskich okrucieństw. Z dnia na dzień stałem się wrogiem publicznym numer jeden. Zostałem fundamentalistą muzułmańskim, antysemitą, który obraża pamięć największej zbrodni dokonanej w historii. Ci, którzy mnie potępiali, ścigali mnie, fotografowali i nawet dzwonili do rodziny żeby była gotowa na spotkanie ze śmiercią.


Dzięki Bogu od tamtego czasu moja zła reputacja w kręgach żydowskich oklapła, do tego stopnia, że wziąłem udział w ekumenicznej konferencji pod patronatem Leo Beck College, choć moje poglądy nie zmieniły się o jotę. Izrael nie ma prawa istnieć. Doskonale wiem, że mówię coś bardzo niegrzecznego, coś co w kontekście aktualnego marazmu procesu pokojowego może wydać się niektórym nieodpowiedzialne. Ale to jest problem, który uważam od zawsze za centralny w propozycjach autentycznego pokoju.



Oczywiście istnienie Izraela nie stanowi żadnego problemu moralnego. Izrael ma być realizacją biblijnej zapowiedzi. Powód jego istnienia został sprecyzowany w słynnym zdaniu premier Goldy Meir “Ten kraj istnieje jako wypełnienie obietnicy danej osobiście przez Boga.


Podważanie jego prawomocności byłoby więc kompletnym absurdem.” Ta biblijna obietnica jest jedynym usprawiedliwieniem przytaczanym przez Izrael na potwierdzenie swej legalności. Ale choć Bóg obiecał Abrahamowi, że “da mu tę ziemię od rzeki Egiptu, aż do wielkiej rzeki Eufrat” można raczej wątpić, że chciał by tej obietnicy używano do usprawiedliwienia zaboru siłą i podstępem ziemi zamieszkałej przez inny naród, do którego ona legalnie należy.


Deklaracja Balfoura
Odrzucanie tego faktu jednym ruchem ręki, choćby był niewygodny, nikomu nie przynosi pożytku. To przecież skazało na porażkę proces z Oslo. Podpisując ten układ Organizacja Wyzwolenia Palestyny popełniła kardynalny błąd w założeniu, że można zakopać topór wojenny pisząc historię na nowo. OWP przyznała oficjalnie, że Izrael ma prawo istnieć. Problem polega na tym, że to oficjalne potwierdzenie skutkowało przyznaniem prawomocności procesu, który doprowadził do istnienia Izraela. Ostatnie wypadki wskazują, że Palestyńczycy nie cierpią na atak intelektualnej amnezji swoich przywódców.






Inne źródło prawomocności, na które powołuje się Izrael – uznanie międzynarodowe – jest nie mniej zwodnicze. Oba pakty przesądzające o losie Palestyny zawarto z inicjatywy Wielkiej Brytanii. Najpierw my Brytyjczycy podpisaliśmy z Francją układ Sykes-Picot żeby się podzielić resztkami Imperium Osmańskiego na Bliskim Wschodzie. W rok później, w 1917, Deklaracja Balfoura obiecała narodowi żydowskiemu siedzibę narodową. W myśl prawa międzynarodowego ta deklaracja nie ma żadnego znaczenia, ponieważ Palestyna nie należała do Wielkiej Brytanii. Karta Ligi Narodów wskazuje, że Palestyna była pod panowaniem tureckim.

Kiedy w 1947 ONZ podejmowała rezolucję w sprawie podziału Palestyny Żydzi stanowili 32% populacji i mieli 5% ziemi. W 1949 Izrael kontrolował 80% terytorium Palestyny a 770 000 nie-Żydów wygnano z kraju co było w dużej mierze rezultatem zbrodni dokonywanych przez organizacje paramilitarne jak Hagana, Irgun czy gang Sterna.



Jeśli pokój ma zyskać choćby najmniejszą szansę Izrael powinien uznać tę historyczną nieprawość swego powstania. Po latach wojny pokój wywodzi się z przebaczenia, nie z zapomnienia; narody nigdy nie zapominają, ale mają tę wspaniałą zdolność do przebaczenia. Spójrzcie na Afrykę Południową, która pokazała światu, że oczyszczająca prawda musi być uznana, zanim pojednanie stanie się możliwe.

Idea, że Izrael miałby mieć jakieś prawo natury religijnej do istnienia, zamyka jedynie Żydów w nieprzerwanej i niekończącej się spirali konfliktów; już dawno nie symbolizuje ich wyzwolenia i bezpieczeństwa po wiekach cierpień. “Obietnica” budzi arogancję, która instytucjonalizuje niższość innych narodów, inicjuje wobec nich przybierające na sile okrucieństwo. Pozwala żołnierzom nie słuchać swego sumienia i strzelać do bezbronnych uczniów. Pozwala na przyjęcie ustaw mających przeszkodzić w nabywaniu ziemi przez nie-Żydów.

I jeszcze gorsze: obietnica nie zmusza Izraela do współistnienia na zasadzie równości i poszanowania praw człowieka. Państwo zbudowane na pretensji do prawomocności tak ekskluzywnej jak izraelska nie jest w stanie znaleźć innego “rozwiązania” niż separacja. A separacja to zupełnie co innego niż trwały pokój; separacja powoduje tylko oddalenie przeciwników w stanie permanentnej wojny. Nie pozwala na zabliźnienie starych ran i wcale nie naprawia historycznych błędów.

Zionists: land between Nile & Euphrate Plan for a "Greater Israel"
is as old as Zionism itself. Hebrew scholar Levnoch Osman
Ale wyrzućcie biblijne prawo a wkrótce współistnienie, a nawet rozwiązanie z jednym, wspólnym państwem, nie wydadzą się takie dalekie. Nazwa tego współistnienia nie jest taka ważna jak fakt, że ludzie przebaczyli i że przywrócono jakieś minimum sprawiedliwości. Żydzi będą dalej – według Obietnicy - żyć na Ziemi Świętej, obok innych legalnych mieszkańców Palestyny. I na równi z nimi.

Taka forma rachunku sumienia jest konieczna. W zamian Izrael może liczyć na wielkoduszne przebaczenie Palestyńczyków. Alternatywą jest wieczna wojna.

Faisal Bodi

“The Guardian” 03.01.2001

tłum.j.s.a