Faludża:  więcej obrońców niż broni.

 

reportaż Salah JALI (AFP) 

 

Faludża, 14 kwietnia 2004

 

 

„Kiedy jeden z obrońców pada, drugi bierze jego broń i walczy dalej” – mówi trzydziestosiedmioletni Mahmoud Yassine, były żołnierz, raniony przez amerykańskiego snajpera zanim jeszcze doczekał się broni. Wykrzywia twarz z bólu próbując usiąść na łóżku, ma zabandażowaną rękę i część pleców. Mahmoud Yassine wysłał żonę i dzieci do Bagdadu kiedy amerykańska piechota morska zaatakowała miasto po brutalnym zabójstwie 31 marca czterech amerykańskich ochroniarzy z paramilitarnego przedsiębiorstwa Blackwater.

 

Dziesięć dni walk między ciężko uzbrojonymi Marines a obrońcami z kałasznikowami i granatnikami spowodowały śmierć co najmniej 600 Irakijczyków, w tym połowa to kobiety i dzieci, oraz prawie 1300 rannych. We środę rano rozejm przedłużono o 48 godzin by – według irackiego mediatora - znowu otworzyć dwa miejskie szpitale. „Chciałem zostać w Faludży bo moje miasto mnie potrzebuje, ale strzelili do mnie kiedy stałem przed domem  obserwując walkę.” mówi p. Yassine, dodaje, że nie zdążył walczyć „bo jest pełno obrońców a nie dość broni”. „Czekałem na moją kolej. Jest pełno ludzi, którzy czekają żeby walczyć”.

 

W przychodni zamienionej szpital, lekarze nie dają rady z tak dużą liczbą rannych. Pomagają mieszkańcy. „Wielu na tyłach pomaga obrońcom i lekarzom zajmując się rannymi  w szpitalach, używają ciężarówek i innych samochodów jako karetek. To inna forma ruchu oporu” – tłumaczy Yassine.  Wokół niego inni ranni bojownicy. Jeszcze dziesięć dni temu Abou Bakr, trzydziestodziewięcioletni sprzedawca, był  spokojnym ojcem rodziny. Ale poszedł na pierwszą linię walki z Marines  i dziś leży ranny od odłamka bomby lotniczej. „Zaproponowano mi przewiezienie do Bagdadu ale jestem kategorycznie przeciw. Chcę tu zostać by bronić miasta przed amerykańskimi okupantami, chciałbym jak najszybciej  wrócić do oddziału.”

 

Obok niego leży Samer Husseini, czterdziestoośmioletni elektryk, ranny cztery dni temu w lewą rękę kiedy walczył w swojej dzielnicy. „Nasze miasto nie akceptuje represji. Choć byliśmy narażeni na egzekucje i tortury walczyliśmy z Saddamem jeszcze przed Amerykanami”- mówi. „Teraz walczymy o naszą wolność, o naszą religię i kraj. Prawdziwa walka dopiero się zaczyna” – podkreśla mieszkaniec „miasta meczetów” (tak nazywana jest Faludża, jest tu ponad sto świątyń).

 

Husseini tłumaczy, że aresztowanie byłego dyktatora przez Amerykanów zachęciło wielu ludzi do walki przeciw okupacji. „Baliśmy się, że nas będą z nim utożsamiać, ale teraz gdy go nie ma możemy dołączyć do ruchu oporu bez kompleksów”. Mimo olbrzymiej przewagi technologicznej koalicji jest przekonany, że obce wojska „będą przegrane bo walczą za ropę, za sprawy materialne, a my za ojczyznę”.

 

Postanowił zostawić żonę i dzieci w Faludży. „Pierwszego dnia amerykańskiego ataku powiedziałem swemu najstarszemu synowi Dżamalowi, że mogę umrzeć w walce. Powinien to widzieć,  żeby kiedy dorośnie mógł ją kontynuować, aż do wyzwolenia”.   

 

Salah Jali

AFP 14042004

tłum. Jerzy Szygiel