Irak

Wojna okupantów z robotnikami

Pod okupacją położenie irackiej klasy robotniczej drastycznie się pogorszyło. “Demokracja”, którą w Iraku zaprowadzają okupanci, to grabieżcza prywatyzacja gospodarki na korzyść koncernów amerykańskich, zakaz działalności związkowej, rokowań zbiorowych i strajków, zamrożenie bardzo niskich płac i straszne bezrobocie. Jednak robotnicy organizują się i stawiają opór. Amerykański dziennikarz związkowy David Bacon opisuje to, co widział i słyszał w irackich zakładach pracy.

David BACON

Katastrofa, jaką stanowi okupacja Iraku, jest dużo większa niż to wynika z samobójczych zamachów bombowych i zasadzek partyzanckich na wojska amerykańskie. Szok i przerażenie wywołane przez niedawną inwazję spotęgowały przemoc przytłaczającego ubóstwa, w które kraj ten wtrąciły amerykańskie sankcje gospodarcze, wprowadzone po pierwszej wojnie w Zatoce. Codziennie polityka gospodarcza władz okupacyjnych każe ludziom pracy Iraku coraz bardziej przymierać głodem, czyniąc z nich po prostu środek bogacenia się wielkich korporacji i masę nisko opłacanej, połowicznie zatrudnionej siły roboczej, rozpaczliwie, niemal za wszelką cenę poszukującej pracy.

Skutków polityki amerykańskiej dla zwykłych Irakijczyków nie widać w mediach amerykańskich, ale nie mogą ujść uwagi każdego, kto przespaceruje się ulicami Bagdadu. W wiele miesięcy po nastaniu okupacji budynki, w których kiedyś mieszkało wielu spośród czterech milionów mieszkańców tego miasta, i taka infrastruktura, która umożliwia życie w nowoczesnym mieście, jak łączność telefoniczna, to wypalone ruiny. Dzieci śpią na chodnikach. Na szerokich bulwarach, które ongiś były dumą zamożnego kraju, leżą gruzy, a powietrze stało się piaszczyste i brązowe, bo tysiące pojazdów wzbijają w powietrze kurz z ruin.

W tym samym czasie miliardy dolarów pochodzących z kieszeni podatników amerykańskich przelewa się na konta firm, które finansowały kampanię wyborczą prezydenta Busha lub są z nim zaprzyjaźnione, i to bez żadnej ochrony prawnej przed oszustwem, korupcja czy kradzieżą. Biurokracja okupacyjna, dla której demokracja i nieograniczony wolny rynek to jedno i to samo, przygotowuje irackie bogactwo narodowe – fabryki, rafinerie, kopalnie, doki i inne instalacje przemysłowe – do wyprzedaży firmom zagranicznym. Armia amerykańska wcale nie gwarantuje, że naród iracki sam będzie rządził się bezpiecznie, lecz stoi na straży interesów bogaczy grabiących kraj.

Okupanci dyktują niskie płace

Jednak robotnicy iraccy, borykając się z niezmiernie ciężkimi warunkami, nie godzą się ze swoim losem – przynajmniej takim, jaki gotują im nowi planiści z wielkich korporacji. Organizują się, rozglądają się za sojusznikami i sami robią pewne plany. Rozpaczliwie potrzebują podwyżki płac. Zarabiają na poziomie “płacy w warunkach nadzwyczajnych”, którą dyktują amerykańskie władze okupacyjne, zwane Tymczasową Władzą Koalicyjną (TWK). Większość robotników zarabia 60 dolarów, niewielki odsetek – 120 dolarów, a znikoma mniejszość, która głównie stanowią administratorzy i menedżerowie, 180. Taka sama skala płac obowiązywała w ostatnich latach reżimu Saddama Husajna.

W Państwowych Zakładach Przemysłu Skórzanego – największej fabryce obuwia na Bliskim Wschodzie – pewna robotnica powiedziała, że z takiej “płacy w warunkach nadzwyczajnych” utrzymuje sześcioosobową rodzinę. Ponieważ bezrobocie osiągnęło katastrofalny poziom, każdy pracujący Irakijczyk utrzymuje u siebie w domu wielu innych. Gdy ta robotnica wyjaśniała swoją sytuację, otoczyły ją cztery inne szwaczki – wszystkie w chustach na głowach i jasnobrunatnych tunikach przykrywających ubrania. Stały wokół niej tak, jakby ją chroniły, i zachęcały, aby mówiła w imieniu ich wszystkich. “Ceny żywności i odzieży szybko rosną, a płace są bardzo niskie. Ciężko pracujemy – ja tu pracuję od 10 lat. Musimy mieć podwyżkę.”

W podbagdadzkiej rafinerii ropy naftowej Ad-Daura pewien pragnący zachować anonimowość robotnik skarżący się, że boi się utraty pracy, opowiedział mi, że spędził 10 lat na wojnie irańsko-irackiej i wrócił z wojny do domu, do swoich sześciorga dzieci, z pustymi rękami. “Ciągle nie mam gdzie mieszkać”, mówi z goryczą, “a z obecnej płacy w sytuacji nadzwyczajnej absolutnie nie można się utrzymać.”

We wrześniu i w październiku ub.r. pracownicy rafinerii, domagający się normalnych zarobków na wyższym poziomie niż “płaca w warunkach nadzwyczajnych”, trzykrotnie przerywali pracę. Pracownicy fabryki obuwia wyszli nawet z fabryki i pomaszerowali pod Ministerstwo Pracy, gdzie poskarżyli się na swojego dyrektora i na swoje płace. Do podobnych protestów doszło w wielu zakładach pracy w całym kraju.

70-procentowe bezrobocie

Bezrobotni, których liczbę ocenia się na około 70% całej siły roboczej, czyli na około 7-8 mln osób, są w jeszcze gorszej sytuacji. 20 lat temu większość mieszkańców Bagdadu utrzymywała się ze stałego zatrudnienia. Dziś ogromnej części ludności udaje się przeżyć tylko dzięki pracy “na czarno” – w tzw. nieformalnym sektorze gospodarki. Od kwietnia ub.r. Tymczasowa Władza Koalicyjna i irackie Ministerstwo Pracy i Spraw Socjalnych co najmniej trzykrotnie przerabiały ogólnokrajowe klasyfikacje zatrudnienia i odpowiadające im siatki płac, ale rzeczywiste zarobki wypłacane pracownikom pozostały dokładnie takie same. Jednak z 87 miliardów dolarów wyasygnowanych przez Kongres USA na “odbudowę” Iraku ani jeden cent nie jest przeznaczony dla robotników czy bezrobotnych.

Te pieniądze utorują drogę transformacji gospodarki irackiej i prywatyzacji przedsiębiorstw państwowych, która stanowi sedno tej transformacji. W tym procesie administracja Busha nie rozważa posunięć, które chroniłyby i umacniały prawa pracownicze. Przeciwnie – po okupowaniu kraju w kwietniu ub.r., Tymczasowa Władza Koalicyjna w istocie zakazała działalności związkowej w przedsiębiorstwach państwowych, a nawet wydała dekret zakazujący strajków.

8 października ub.r. na telefonicznej konferencji prasowej Thomas Foley, dyrektor rozwoju sektora prywatnego z ramienia władz okupacyjnych, ogłosił listę pierwszych przedsiębiorstw państwowych, które mają zostać sprzedane, w tym fabryk cementu i nawozów sztucznych, kopalni fosforytu i siarki, zakładów farmaceutycznych i linii lotniczych. Foley podał, że jego celem jest stworzenie “w pełni kapitalistycznej gospodarki”.

Wcześniej, 19 września, władze okupacyjne wydały rozporządzenie nr 39, w którym postanowiły, że z wyjątkiem przemysłu naftowego, kapitały zagraniczne mogą mieć w przedsiębiorstwach stuprocentowe udziały, a zyski można wywozić z kraju. W rozporządzeniu nr 37 zawieszono na rok ściąganie podatku dochodowego i majątkowego, a na przyszłość ograniczono podatki od osób fizycznych i osób prawnych (spółek) do 15%.

Prywatyzacja grozi masowymi zwolnieniami

Dathar al-Kaszab, dyrektor rafinerii Ad-Daura, zapowiada, że prywatyzacja będzie miała ogromne skutki. “Robotnik podejmujący tu dziś pracę ma, na gruncie starego systemu, zatrudnienie zapewnione na całe życie – nie ma takiego prawa, które pozwalałoby go zwolnić z pracy. Jeśli jednak dojdzie do prywatyzacji, będę musiał zwolnić 1500 pracowników” (spośród obecnie zatrudnionych 3 tys.), mówi Al-Kaszab. Poprzednio był kierownikiem wydziału remontowego i za ogromnym biurkiem dyrektorskim ciągle siedzi w kombinezonie mechanika – na stanowisko dyrektora mianowano go na początku okupacji. “Gdy w Ameryce spółka zwalnia ludzi, są zasiłki dla bezrobotnych, toteż oni nie umierają z głodu. Jeśli ja teraz zwolnię pracowników, skażę ich wraz z rodzinami na śmierć.”

Należąca do państwa Fabryka Oleju Roślinnego Mamun, zatrudniająca 771 pracowników, to kolejny z czołowych kandydatów do sprzedaży prywatnemu właścicielowi. “W Iraku nie ma jednak osoby prywatnej, która miałaby dość pieniędzy na zakup tej fabryki”, mówi dyrektor Amir Faradż Bahdżat. “To będzie musiał być zagraniczny właściciel. Będzie chciał przejąć aktywa, ale czy będzie chciał zatrzymać pracowników?” Produkcja w tej fabryce jest niska i dużo wytłaczarko-rozdmuchiwarek do produkcji plastikowych butelek na olej jest zepsutych. Przez 12 lat sankcji części zamienne były nieosiągalne, a inspektorzy ONZ 20 razy sprawdzali, czy aby ta fabryka to nie zakłady produkcji broni chemicznej, ponieważ PVC może również służyć do produkcji takiej broni.

Jedenasto-, trzynastogodzinny dzień pracy

Mimo lęku przed prywatyzacją, w zakładach pracy upadek reżimu saddamowskiego doprowadził do eksplozji pracowniczej działalności organizacyjnej. Powód to niskie płace, ale często warunki pracy są jeszcze ważniejsze. W rafinerii Ad-Daura, Detrala Beszab, przewodniczący nowej organizacji związkowej w tych zakładach, stwierdził, że choć oficjalnie obowiązuje siedmiogodzinny dzień pracy, w rzeczywistości na zmianie dziennej pracuje się 11 godzin, a na nocnej – 13. Pracownikom płaci się za miesiąc pracy – bez żadnych godzin nadliczbowych. “Gdy rozmawialiśmy z dyrektorem, powiedział, że musi porozmawiać z ministrem przemysłu naftowego, który musi porozmawiać z ministrem finansów, a ten musi uzyskać pozwolenie sił koalicyjnych”, mówi Beszab. “Siły koalicyjne kontrolują finanse i nasze płace.”

Beszab i członkowie zakładowej komisji związkowej nie są młodymi ludźmi – to co najmniej czterdziestolatki. Od pewnego czasu rafineria nie zatrudnia nowych pracowników. Ponieważ jednak w Bagdadzie wszelkie zatrudnienie, nawet na bardzo niepewnych warunkach, ciągle zapewnia środki przetrwania, pracownicy trzymają się go kurczowo. W końcu praca na 11-godzinnej zmianie jest lepsza niż brak pracy.

Sytuacja pracowników jest tak rozpaczliwa, że co miesiąc rafineria przydziela im olej silnikowy, aby mogli sobie dorobić od swoich niskich zarobków. Obok rafinerii, na autostradzie, synowie pracowników ustawili małe kramy przydrożne, przy których sprzedają olej przejeżdżającym samochodom.

Drastyczny spadek dochodów robotników

W czasach Saddama nikt nie spieszył się na emeryturę. “Emerytura nie starczała, żeby pojechać taksówką po czek”, śmieje się Betrab. Lecz rafineria i wszystkie inne przedsiębiorstwa państwowe wypłacały pracownikom inne ważne świadczenia. Istniał system premii i udziału w zyskach, który często zapewniał dodatkowe dochody równe zarobkom, a ponadto państwo dopłacało do żywności i komornego. Władze okupacyjne zlikwidowały wszystkie te korzyści. W istocie od kwietnia ub.r., w wyniku decyzji Tymczasowej Władzy Koalicyjnej, dochody pracowników doznały drastycznych cięć. Pnące się pionowo w górę kursy walut podrożyły import, co jeszcze bardziej obniżyło płace realne.

W rafinerii nikt, poza pracownikami wydziału przeciwpożarowego, nie ma obuwia roboczego ani rękawic. Okulary ochronne są nieznane. “Wielu z nas ma kłopoty z oddychaniem i dochodzi do wypadków przy pracy, a ludzie ulegają poparzeniom”, wyjaśnia inny działacz związkowy, Radżid Hassan.

Jeśli ktoś ulegnie wypadkowi czy zachoruje, sam musi zapłacić za leczenie i za czas nieobecności w pracy traci zarobek.

Robotnicy się organizują

W sierpniu ub.r. do rafinerii przyszli organizatorzy z jednej z dwóch nowych central związkowych – Irackiej Federacji Związków Zawodowych (IFZZ), założonej z inicjatywy antysaddamowskiego Robotniczego Demokratycznego Ruchu Związkowego Iraku, który powstał w 1980 r. w podziemiu i jest spadkobiercą przedsaddamowskiego ruchu robotniczego. W Iraku ruch robotniczy ma długą historię. Zrodził się po pierwszej wojnie światowej w walce z panowaniem brytyjskim podczas sześcioletniej okupacji kraju przez Brytyjczyków. Związki zawodowe, które najpierw powstały wśród pracowników przemysłu naftowego, kolejarzy i dokerów, organizowały strajki, tłumione przez Brytyjczyków przy pomocy broni palnej – wśród strajkujących było wielu zabitych. Zainstalowana przez Brytyjczyków monarchia, która utrzymała się do 1958 r., również zakazywała działalności związkowej.

Po tym, jak w 1958 r. rewolucja pod wodzą gen. Abd al-Karima Kasima obaliła króla, związki zawodowe i partie robotnicze po raz pierwszy wyszły z podziemia. Jednak w 1963 r. Centralna Agencja Wywiadowcza USA urządziła przewrót – obaliła rząd Kasima, a u władzy zainstalowała partię Baas. W 1977 r. Saddam Husajn, który stanął na czele tej partii i został dyktatorem, dokonał czystki w związkach zawodowych i zdelegalizował partie robotnicze. Wielu działaczy zamordowano, a inni uciekli z Iraku.

Po upadku reżimu saddamowskiego w kwietniu ub.r. pojawili się organizatorzy wywodzący się z dawnych związków. W Al-Basrze w dwa dni po wkroczeniu wojsk brytyjskich zorganizowali strajk, domagając się prawa do tworzenia związków i protestując przeciwko mianowaniu baasisty na stanowisko burmistrza. Następnie w maju 400 działaczy związkowych zebrało się w Bagdadzie, utworzyło wspomnianą federację i ułożyło plany odbudowy ruchu związkowego w dwunastu głównych branżach.

Po naradzie organizatorzy rozjechali się po zakładach pracy – m.in. do rafinerii Ad-Daura. Na każdym z dziewięciu wydziałów zachęcili pracowników do wyboru wydziałowych komisji związkowych i działaczy szczebla zakładowego. Wygląda na to, że dyrektor rafinerii jest bardzo skłonny do rozmów ze związkiem, ale nie może podpisać z federacją żadnego układu zbiorowego pracy.

Obowiązuje antyzwiązkowy dekret Saddama

W rafinerii i we wszystkich innych przedsiębiorstwach państwowych nadal obowiązuje saddamowski dekret z 11 marca 1987 r., w którym zniesiono takie prawa pracownicze, jak ośmiogodzinny dzień pracy, zagwarantowany w unieważnionym przez ten dekret prawie pracy z 1970 r. Na mocy tego dekretu z pracowników sektora publicznego zrobiono “urzędników państwowych” i w ten sposób pozbawiono ich prawa tworzenia związków zawodowych i przystępowania do związków oraz prawa do rokowań zbiorowych. Ich fundusze emerytalne przekazano skarbowi państwa, niczym ich nie rekompensując. W tym samym czasie, w którym w sektorze publicznym zakazano działalności związkowej, w sektorze prywatnym utworzono nowe “związki”, które – zgodnie z przepisami prawa – miały współpracować z dyrekcjami na rzecz “podniesienia wydajności i dyscypliny pracy”.

Teraz dekret z 1987 r. wywiera szczególny wpływ na sytuację pracowników zatrudnionych w przedsiębiorstwach, które mają zostać sprywatyzowane. Jeśli nie będą mieli żadnych legalnych związków, żadnego prawa do rokowań zbiorowych i do układów zbiorowych pracy, dużo trudniej będzie im stawić zorganizowany opór prywatyzacjom i masowym zwolnieniom grupowym, które po nich nastąpią.

5 czerwca ub.r. szef Tymczasowych Władz Koalicyjnych, czyli amerykański administrator okupowanego Iraku, Paul Bremer, wydał dekret pt. “Publiczne podżeganie do przemocy i nieporządku”. Czytamy w nim m.in., że ci, którzy “podżegają do nieporządku cywilnego, rozruchów lub wyrządzania szkód majątkowych, (...) będą podlegać natychmiastowemu aresztowaniu przez siły bezpieczeństwa Tymczasowej Władzy Koalicyjnej i internowaniu ze względów bezpieczeństwa, zgodnie z Czwartą Konwencją Genewską”. Ta konwencja dotyczy traktowania jeńców wojennych. Termin “nieporządek cywilny” z łatwością można tak zinterpretować, aby miał zastosowanie do osób wzywających do strajków czy w ogóle protestów pracowniczych lub je organizujących.

Ministerstwo Pracy pod kontrolą okupantów

13 października ub.r. delegacja związkowców z Ruchu Robotniczego USA Przeciwko Wojnie (USLAW – koalicji związków zawodowych i terenowych rad związkowych, która zaczęła sprzeciwiać się wojnie Busha z Irakiem zanim jeszcze do niej doszło) spotkała się formalnie z irackim wiceministrem pracy, dr Nuri Dżafarem. Trzykrotnie zapytała go, czy dekret saddamowski z 1987 r. zostanie unieważniony, a ten trzykrotnie odmówił odpowiedzi. W sąsiednim, pełnym ozdób biurze siedziała Leslie Findley, brytyjska doradczyni, nadzorująca ministra z ramienia władz okupacyjnych. Jej również zadano to samo pytanie i ona również odmówiła udzielenia odpowiedzi. Następnie poskarżyła się, że tyle delegacji związkowych składa wizyty ministrowi zawsze zdając to samo pytanie. “Powiem ministrowi, że te delegacje zabierają mu za dużo czasu i zalecę, aby zamiast je przyjmować, zajął się swoją pracą”, ostrzegła.

Dżafar przez pół godziny, z ogniem w oczach, opowiadał delegacji o swoim pomyśle nowego systemu zasiłków dla bezrobotnych, które wypłacano by na poziomie umożliwiającym jedynie przetrwanie – “tak, aby nie pozbawić ludzi motywacji do szukania pracy”. Pomijąc już powtarzaną przezeń za wolnorynkowcami brednię, że jeśli ludziom ubogim zapewni się godziwe środki do życia, to mogą oni stracić ochotę do pracy, z wyjaśnieniami, jakich udzielił, był jeszcze inny poważny problem. “Niestety”, przyznał, “musimy jeszcze znaleźć kraj, który byłby gotów sfinansować nasz plan.”

Rady Robotnicze i Związki Zawodowe

W lecie inna organizacja pracownicza – Rady Robotnicze i Związki Zawodowe (RRZZ) – zaczęła organizować pracowników w fabrykach obuwia i oleju roślinnego. Zachęcani przez nią pracownicy fabryki obuwia zorganizowali związek i zażądali jego legalizacji. Podobnie jak pracownicy rafinerii, skarżyli się na długi dzień pracy bez zapłaty za godziny nadliczbowe, brak urlopów i likwidację dodatkowych dochodów, gdy zaczęła się okupacja.

Gdy delegacja USLAW wraz z niżej podpisanym reporterem przybyła do tej fabryki, działacze związkowi wyszli z nią na dziedziniec, gdzie natychmiast otoczyło ją kilkudziesięciu rozgniewanych robotników, którzy przekrzykiwali się dając wyraz swojej frustracji. Ubrani w standardowe niebieskie kombinezony, w których chodzi większość irackich robotników fabrycznych, wyglądali tak, jakby właśnie odeszli od maszyn. Wyglądało na to, że wszyscy mają ochotę mówić, i to zaledwie o kilka metrów od biura dyrektora, ale wahali się, czy podawać swoje nazwiska. Jak wyjaśnili, bali się, że może spotkać ich taki sam los, jak robotników, którzy trafiali na listy sporządzane przez bezpiekę saddamowską – zwalniano ich z pracy, wpisywano na czarne listy, a nawet mordowano.

“Tak czy inaczej zrobimy swoje”

“Domagamy się prawa do utworzenia związku, który musi zostać uznany za pełnoprawną reprezentację tutejszych robotników”, wyjaśnił jeden z nich. “Musimy zmienić prawo, które odmawia nam prawa do związku. Jeśli to prawo się nie zmieni, to my, tak czy inaczej, zrobimy swoje. To my jesteśmy narodem.” Gdy przysłuchujący się mu wicedyrektor zaczął wyjaśniać, dlaczego dyrektor fabryki nie może z nimi negocjować, robotnik stracił cierpliwość i tak głośno i intensywnie okazał, że się z nim nie zgadza, iż wicedyrektor wolał schronić się w swoim biurze. “Życie stało się dużo cięższe”, powiedział inny. “Wszystko kontroluje koalicja. My nie mamy na nic wpływu.”

Choć związki nie mają legalnego statusu, potrafią działać i wymuszać spełnienie niektórych postulatów. Pracownicy fabryki oleju roślinnego najpierw próbowali stworzyć związek pracowników przemysłu spożywczego. Ministerstwo pracy przypomniało im, że są urzędnikami państwowymi, a więc nie mają prawa prowadzić rokowań zbiorowych. Pracownicy i rady robotnicze odpowiedziały na to utworzeniem związku urzędników państwowych. Postulaty nowego związku obejmują zmianę zakwalifikowania pracowników – tak, aby mogli więcej zarabiać, unieważnienie kar ciążących na byłych pracownikach i przywrócenie udziału pracowników w zyskach przedsiębiorstwa.

Bezrobotni demonstrują

“Naszym głównym zadaniem jest obalenie praw, które zaprowadził reżim baasistowski”, mówi Madżid Sahib Karim, sekretarz generalny nowego związku. Pokazuje długą listę pracowników aresztowanych i straconych za rządów Saddama za przynależność do szyickiej partii polityczno-religijnej Dawaa al-Islamija, która teraz wchodzi w skład Irackiej Rady Zarządzającej. Dzieci tych pracowników umieszczono na czarnej liście i nie mogli znaleźć pracy. Karim i jego związek uważają za jedno ze swoich zadań wynagrodzenie przez władze i dyrekcję fabryki krzywd, jakie reżim saddamowski zadał rodzinom robotniczym.

IFZZ też potępia dekret z 1987 r. i żąda jego unieważnienia, ale w przeciwieństwie do RRZZ nie organizuje przeciwko niemu masowych demonstracji. “Uważamy, że nieposłuszeństwo obywatelskie stwarza grunt sprzyjający działalności wichrzycieli, którzy korzystają z okazji, by dopuszczać się aktów wandalizmu i narażają życie uczestników takich akcji”, mówi Abdallah Muhsin, kierownik wydziału zagranicznego federacji.

Tymczasem Związek Bezrobotnych, wchodzący w skład Rad Robotniczych i Związków Zawodowych, od wielu miesięcy wychodzi na ulice i demonstruje żądając zapewnienia warunków do życia ludziom, którzy z braku pracy głodują. 29 lipca ub.r., naprzeciwko kwatery amerykańskich władz okupacyjnych, związek ten rozbił obóz i w rezultacie żołnierze aresztowali 21 przywódców tego związku. “Pieniądze, które oni wydają tylko na dziesięć śmigłowców bojowych, wystarczyłyby do zaspokojenia potrzeb wszystkich bezrobotnych w naszym kraju”, oświadczył Kasim Hadi, sekretarz generalny Związku Bezrobotnych, dwukrotnie aresztowany podczas protestów.

Kapitał okupacyjny nie tworzy miejsc pracy

W obliczu niesłychanie wysokiego poziomu bezrobocia, władze okupacyjne oświadczyły, że zawarte z firmami amerykańskimi kontrakty na odbudowę Iraku zapewnią wielkiej liczbie Irakijczyków pracę. W liście do Związku Bezrobotnych z 13 sierpnia ub.r. William B. Clatanoff, ówczesny doradca Ministerstwa Pracy z ramienia Tymczasowej Władzy Koalicyjnej, przechwalał się, że w całym Bagdadzie rady dzielnicowe przystąpią do robót publicznych, które “nie tylko stworzą produktywne miejsca pracy, ale szybko wywrą pozytywny wpływ na sytuację dzielnic wymagających przeprowadzenia napraw”. Jednak ktokolwiek przejedzie się ulicami miasta, przekona się z łatwością, że żadnych takich robót nie podjęto. Ogromne kupy gruzów i wypalone budynki, które pozostały po wojnie, stoją nietknięte. Clatanoff obiecał stworzenie w Iraku 300 tys. miejsc pracy – lecz nigdzie ich nie widać.

Tymczasem firmy amerykańskie świadczą wojskom okupacyjnym niektóre podstawowe usługi remontując budynki więzienne i odbudowując porty, rurociągi i w ogóle te części infrastruktury, które są potrzebne do wznowienia eksportu ropy naftowej. Tu jednak zatrudnienie obywateli irackich na ogół nie jest pożądane. Wysoko opłacanych techników sprowadza się z zagranicy i kwateruje się w budynkach otoczonych murami i drutami kolczastymi oraz pilnowanych przez żołnierzy. Firmy dostarczające żołnierzom posiłki zatrudniają cudzoziemców, bo nie ufają Irakijczykom. “Irakijczycy stanowią zagrożenie dla bezpieczeństwa”, powiedział dyrektor firmy Tamimi, która żywi 60 tys. żołnierzy i w tym celu sprowadziła z Pakistanu, Indii, Nepalu i Bangladeszu 1800 pracowników. Tamimi jest kontrahentem amerykańskiego giganta budowlanego Kellog, Brown & Root – filii koncernu Halliburton, którego dyrektorem w latach 1995-2000 był obecny wiceprezydent USA Dick Cheney i którego uzyskany bez przetargu kontrakt iracki opiewa na 2 miliardy dolarów.

Ci Irakijczycy, którym udało się zatrudnić u Amerykanów w bazach wojskowych, opisują ucisk, któremu są poddani w pracy. Muwaffa as-Saidi, pracujący na lotnisku bagdadzkim dla amerykańskiej firmy budowlanej, skarży się, że “gdziekolwiek idziemy, nawet do toalety, żołnierze celują do nas z karabinów”. Robotnikom płaci się 5 dolarów dziennie, ale z tego 2 dolary muszą oddawać “tłumaczowi”, który grozi, że w przeciwnym razie zadenuncjuje ich jako terrorystów. Po to, aby dotrzeć na teren, na którym pracują, muszą przechodzić przez trzy różne bramy; As-Saidi opisał, jak przez cały dzień trzymano ich na “ziemi niczyjej” między dwiema bramami, karząc w ten sposób za kilkuminutowe spóźnienie.

Sytuację pogarsza obecność więźniów. As-Saidi widział, jak w charakterze więźniów sprowadzono tam nawet dzieci zabrane z boiska z piłkami w rękach, osiemdziesięcioletniego starca czy pacjentów zabranych ze szpitala, oraz jak się ich poniża rzucając im jedzenie na ziemie, jak bije się ich kijami itp.

O międzynarodowa jedność robotników

Nowy iracki ruch robotniczy – zarówno IFZZ, jak RRZZ – żąda zakończenia okupacji kraju oraz jest zdecydowany wystąpić przeciwko wyprzedaży przedsiębiorstw, utracie miejsc pracy i zakazowi działalności związkowej i strajków, co może doprowadzić do zaostrzenia konfliktu z władzami okupacyjnymi. Jak mówi jeden z przywódców IFZZ, Muhsin Mull Ali, który w więzieniach saddamowskich dwukrotnie odsiadywał długoletnie wyroki za organizowanie związków dokach w Al-Basrze, “oni znów narzucą nam kapitalizm, toteż naszym obowiązkiem jest przeciwstawiać się prywatyzacjom na tyle, na ile tylko jest to możliwe, i walczyć o dobrobyt naszych robotników.”

Zamiast podejmować w Iraku próby zakazu działalności związkowej, władze USA mają obowiązek respektować prawa pracownicze gwarantowane przez prawo międzynarodowe. Członkiem delegacji Ruchu Robotniczego USA Przeciwko Wojnie, która odwiedziła Irak, był Clarence Thomas, były sekretarz i skarbnik organizacji terenowej nr 10 Międzynarodowego (tj. działającego zarówno w USA, jak i w Kanadzie) Związku Zawodowego Portowców (ILWU). Po powrocie z Iraku oświadczył, że “gdyby tutejsze związki wiedziały, co tam wyprawia się w naszym imieniu, byłyby oburzone”. “Administracja Busha nie lubi ruchu związkowego w USA, więc jak ma go lubić w Iraku?”, stwierdził. Chyba najważniejszy wniosek, jaki wyciągnął z podróży do Iraku, brzmiał: “Widzę, że kapitał cechuje jedność i ruchliwość w skali międzynarodowej, toteż dla mnie jest oczywiste, że jeśli chcemy przeżyć, to samo musi cechować nas, robotników.”

Tłum. Zbigniew Marcin Kowalewski

Przedruk z "Walka Trwa", pisma Ogólnopolskiego Komitetu Protestacyjnego (OKP), (Instytut Wydawniczy Książka i Prasa).
Artykuł zamieszczamy dzięki uprzejmości redaktora pism
"Nowego Tygodnika Popularnego" i "Walka Trwa", Zbigniewa Kowalewskiego.