Amerykanie nie dopuszczają pomocy medycznej dla Faludży.
reportaż Didier Francois spod Faludży.
19/04/2004
Powolnym ruchem, ciężkim od goryczy, Mohamed Ibrahim Abbas zgadza się zawrócić. Amerykańskie oddziały otaczające Faludżę słuchają tylko rozkazów swoich dowódców. Argumenty humanitarne nie mają wielkiej wagi. Czwarty dzień z kolei konwój przygotowany przez zastępcę sekretarza generalnego irackiego Czerwonego Półksiężyca musi zrezygnować z dalszej drogi. Lekarstwa i środki znieczulające, blok operacyjny, którego tak niecierpliwie domagają się lekarze ze zbuntowanego miasta, nie mogą przejść przez blokadę sił okupacyjnych.
“Piechota morska na początek zabroniła wstępu do Faludży organizacjom pozarządowym. Amerykanie hurtowo oskarżają je o transportowanie broni ukrytej w ładunkach z pomocą. Pozostaliśmy jedyną strukturą humanitarną, która teoretycznie ma prawo przejść blokady” – podkreśla p. Abbas. “Mamy autoryzację Międzynarodowej Federacji Stowarzyszeń Czerwonego Krzyża na działanie w ramach katastrof naturalnych i innych, ale armia amerykańska wymaga żebyśmy składali podania o zezwolenia na transport 24 godziny wcześniej, a potem powołuje się na brak bezpieczeństwa żeby zawrócić nasze ciężarówki.”
W zeszłym tygodniu posterunki wojskowe zostały rozlokowane na każdej asfaltowej drodze do Faludży, i nawet na ważniejszych drogach polnych. Koalicja nie mogąc wejść do miasta zamknęła doń wszelki dostęp. Żołnierze, schowani w betonowych okopach za workami z piaskiem, zamknięci w swoich wozach pancernych, są gotowi strzelać do każdego kto się zbliży. Sabah al-Rawi, mieszkaniec dzielnicy Al-Nazal, profesor uniwersytetu Al-Anbar, ewakuował się z Faludży w piątek, korzystając z zezwolenia danego przez Amerykanów irackiej delegacji negocjującej rozejm z obrońcami miasta. Dzień wcześniej próbował bezskutecznie przejść tę samą blokadę, 10 kilometrów od miasta.
“Jechaliśmy w konwoju złożonym z siedmiu samochodów, z wystającymi białymi flagami., ale nie dotarliśmy do blokady. Kiedy byliśmy pięćdziesiąt metrów od posterunku jeden z czołgów otworzył do nas ogień z działka. Wyleciały szyby mego samochodu. Szczęśliwie żonie i dzieciom radziłem leżeć na podłodze, nikt nie został trafiony. Ale w drugim samochodzie zginęła cała rodzina. Ojciec, matka i troje dzieci. Chłopiec i dwie dziewczynki.”
Ahmed, wolontariusz Czerwonego Półksiężyca, potwierdza bardzo słabą ochronę jaką dają - przewidziane przez Konwencje Genewskie – znaki identyfikujące cywilów w strefie wojny. “Urządziliśmy niewielki obóz dla tych, którzy chcieli opuścić najbardziej dotknięte dzielnice Faludży. Pierwszej nocy gościliśmy pod namiotami 12 rodzin, 25 innych zapisało się na następny dzień. Ale bitwa nagle się do nas zbliżyła. Bombardowanie, ostrzał artylerii, samoloty, helikoptery. Snajperzy. Myślałem, że tam umrę. Tymczasem nasz obóz był wyraźnie oznakowany. Musieliśmy natychmiast uciekać i wszystko porzucić: namioty, koce, prądnice.”
Ale Mohamed Ibrahim Abbas nie traci nadziei. “Nie mam prawa”. Kiedy ostatnim razem konwój mógł wjechać do Faludży, miasto wyglądało jak widmo. “Jedyna ulica, na której było widać ludzi, prowadziła do centrum medycznego. Szpital główny leży w środku strefy walki i ciężko tam się dostać. Lekarze stworzyli prowizoryczną klinikę z przychodni i trzech okolicznych domów koło placu targowego. Udało im się urządzić jako tako chirurgiczną salę operacyjną, ale nie mają żadnych środków leczenia postoperacyjnego i tracą licznych pacjentów. Interwencje na kończynach odbywają się bez znieczulenia. Dostarczyliśmy im pomocy pierwszej potrzeby na około tydzień, ale musimy jak najszybciej zawieźć im usztywnienia do złamań, instrumenty do chirurgii czaszek, polowy blok operacyjny. Więc jutro znowu pójdę do Amerykanów żeby ich prosić o pozwolenie.”
Didier Francois
Liberation 19/04/2004
tłum j.s.a