Sobota 10 kwietnia 2004 9 h28

Iracka policja przechodzi na stronę obrońców Faludży.
Amerykanie okopują się w mieście.

Reportaż Neda Parkera (AFP)

Faludża (Irak) 10/04, AFP

Z pełnej szczurów fabryki żołnierze amerykańskiej piechoty morskiej obserwują podziurawione kulami samochody i opuszczone domy, mocno ściskają swoje M-16, nerwowo sięgają po papierosy.

Dźwięk strzelających kałasznikowów wywołuje żarty na temat filmów kung-fu, aż nagle 13 żołnierzy zaczyna strzelać w kierunku powstańców kryjących się w betonowych domach po drugiej stronie ulicy.

Oddziały Marines są rozlokowane w fabrykach położonych obok dzielnicy mieszkalnej zbuntowanego sunnickiego miasta, około pięćdziesięciu kilometrów od Bagdadu.

Żołnierze są podnieceni akcją i jednocześnie przerażeni na myśl o śmierci podczas operacji najcięższej od zeszłorocznego zdobycia Bagdadu, kiedy widzieli śmierć wielu towarzyszy broni.

Porucznik Luke Pernotto kieruje swoich ludzi w małe uliczki, pod nogami ścieki, gdzieś na górze snajperzy schowani w mieście-duchu ze swymi minaretami, dwupietrowymi domami i fabrykami.

Przypomina żołnierza Marines z pocztówki, ciągle gotowego do strzału, ale nie może zapomnieć o jednym ze swych kolegów, zabitym rok temu w Bagdadzie. “Smutna rocznica”“rzuca; wie, że jego ludziom grozi to samo.

Kapral Michael Goerlinger nosi buty kolegi zabitego w tym tygodniu, drugi nosi jego insygnia, metalową odznakę stopnia kaprala, trzeci jego opaskę hełmu.

Kapral Goerlinger, twarz umazana smarem, myśli czasem o przyjacielu zabitym strzałem w głowę. “Wszystko mi się miesza. Nic już nas nie denerwuje. Konsekwencje przychodzą później” mówi cicho.

Nie chce myśleć o tym co będzie potem, kiedy Faludża zostanie zdobyta i walki się skończą. Oskarża obcokrajowców. “To są Syryjczycy, bojownicy z zagranicy. Przyjeżdżają tu się bić”.

Wielu wie, że rezultat wcale nie jest pewny, nawet jeśli ponad dwa tysiące Marines uczestniczą w akcji. “Próbujemy zgadywać komu oddać miasto po skończonej bitwie. Ale nie ma nikogo kto by się nadawał. Irackie siły bezpieczeństwa to nie ci co trzeba”. “mówi starszy sierżant Ken Jones, w piechocie morskiej od dwudziestu lat. Potwierdza informacje, że policja iracka, siły obrony cywilnej i powstańcy współpracują przeciwko Amerykanom.

“Po zdobyciu miasta Marines mogą je okupować” “mówi.
Jego żołnierze nie spali ostatnio więcej niż trzy godziny na dobę, szukają czystego miejsca, z dala od szczurów i śmieci byłej fabryki chipsów i cukierków.

Czołg strzela w minaret, w którym ukrył się snajper. Część żołnierzy bije brawo. Inni rzucają z wściekłością “Pozabijać wszystkich “;hadżi”!” “Irakijczyków w żołnierskim slangu.

Niektórzy z podnieceniem mówią o zwłokach jakiegoś “;hadżi” rozszarpywanych przez dzikie uliczne psy. Przed samym świtem puszczają na cały regulator ciężki utwór “;haevy metal” żeby zdenerwować ukrytych w ciemności rebeliantów.

“Z tymi gośćmi nie ma żadnych reguł. Nie walczą w cywilizowany sposób” “mówi dwudziestoletni kapral Ryan Dewey.

Ale po wybuchu wściekłości przychodzą wątpliwości czy na koniec tego wszystkiego będzie lepiej, mimo przelanej krwi. “Musimy zdobyć miasto, ale co będzie potem? Mój największy koszmar to wycofanie się, a potem zaczynanie tego samego gówna od początku.” wzdycha trzydziestopięcioletni sierżant Wallace Mains.

Kilka godzin później jego pozycja koło silosu została zbombardowana rakietami i granatami moździerzy. Eksplozja pocisku rozrywa powietrze. Żołnierz jest ranny, ale wierzy, że jego działanie ma jakiś sens.

Ned Parker
AFP Faludża

tłum. j.s.a.


PAP, MD /2004-04-10 14:02:00 Atak na Zieloną Strefę w Bagdadzie Dwie rakiety lub pociski moździerzowe spadły w sobotę po południu na tzw. Zieloną Strefę w Bagdadzie, gdzie znajduje się główny sztab kierowanej przez USA administracji Iraku - podała AFP, powołując się na świadka, dziennikarza tej agencji.